Gdy po raz pierwszy zetknęłam się
z książką autorstwa Wojciecha Herbaczyńskiego W dawnych cukierniach i
kawiarniach warszawskich nie zdawałam sobie jeszcze sprawy jak bogate było
cukiernicze zaplecze przedwojennej Warszawy. Owszem wiedziałam, że prym w tej
dziedzinie wiodły wiedeńskie Café
a gdzieniegdzie przybysze z owych odległych krain zakładali swoje wyjątkowe
kawiarenki, wprowadzające wiedeński szyk na polskie salony, gdzie można było
skosztować najlepszych czekolad i ciast. Być może pamiętacie post dotyczący
papieskich kremówek, w którym opisywałam właśnie jedno z takich magicznych miejsc.
Herbaczyński udowodnił mi, że
przedwojenna Warszawa przyciągająca do siebie najważniejsze głowy państwa,
artystów i zasłużonych Polaków nie ustępowała w branży cukierniczej nawet
wiedeńskim cukierniom. Nie tak dawno
wspomniałam na blogowym facebooku o Cukierni Lourse’a znajdującej się ongiś
przy ulicy Miodowej 12 w budynku Hotelu Europejskiego. Było to wyjątkowo
eleganckie i wytworne miejsce, do którego uwielbiał zaglądać ojciec Fryderyka,
Mikołaj Chopin pochłonięty lekturą prasy francuskiej wyłożonej na stole.
Założyciel cukierni Wawrzyniec Lourse, z pochodzenia Szwajcar zadbał o to, by
jego powstała w 1821 r. cukiernia mogła konkurować z najznakomitszymi
kawiarniami europejskimi. Poza budzącymi podziw w całej Warszawie lodami i
ciastami, które serwował również na wynos, zachwycające było samo wnętrze
cukierni. Marmurowe stoliki, kryształy, lustra, porcelana i srebrna zastawa
przyciągały pragnących pławić się w luksusach i lubiących wystawne życie Warszawiaków.

Jeśli ktoś wolał nieco
skromniejsze miejsca mógł zajrzeć do Pasticeria di Milano przy ulicy Kruczej. Był
to pierwszy w historii tego miasta sklep z wyrobami na wynos. W 1902 roku
otworzył go włoski mistrz cukiernictwa Giovanni Giacomo Lardelli. Był to
skromny i bardzo schludny sklepik, w którym cukiernik przyodziany w śnieżnobiały
kitel podawał szczypcami nieznane dotąd w Warszawie eklerki z kremem (warszawskie
były z bitą śmietaną), tartaletki z owocami i inne nieznane dotąd w stolicy
pyszności. Zapotrzebowanie na te słodkości musiało być duże, zwłaszcza że
Lardelii zdobył się na otwarcie kilku kolejnych cukierni w tym jeden wyłącznie
dla pań. Panowie mogli tam przychodzić wyłącznie w damskim towarzystwie. Dziś
zapewne byłoby to nie do pomyślenia i oskarżono by włoskiego mistrza o dyskryminację
a wówczas było to bardzo chętnie odwiedzane przez kobiety miejsce i nikt nie
widział w tym nic złego.
Ówczesne cukiernie były jak
prawdziwe manufaktury łakoci. Najczęściej prowadzone przez jedną rodzinę i
dokładnie strzegące sekretu wyrobu serwowanych pyszności. O jednej z takich
rodzin pisał sam Bolesław Prus:
Miłości! Takeś rozmarzyła mnie,
Takeś rozkołysała duszę,
Że aż do Semadynie-
Go na czarną kawę iść muszę.
Rodzina
Semadenich na nadwiślańską ziemię przybyła z położonego w szwajcarskim kantonie
Grison miasta Poschiavo w wieku XVIII. Początkowo omijali stolicę, miejsce do
życia znajdując sobie w Płocku, Lublinie, Kijowie, Kaliszu i Łomży. Z biegiem
lat z jednego rodu uformowały się dwie rodzinne gałęzie. Jedna cukiernicza, a
druga pastorska. Niemal wszystkie pokolenia Semadenich zachowywały obywatelstwo
szwajcarskie. Nie ukrywali jednak przy tym wielkiego oddania Polsce, które
pieczętowali udziałem w powstaniach narodowych oraz wzorową postawą
patriotyczną. W Warszawie pojawili się w XIX wieku. Pierwszą rodzinną cukiernię
otworzył w 1827 roku Kacper Semadeni. Mieściła się na parterze kamienicy u
zbiegu Nowego Światu i Świętokrzyskiej. Znana tak dobrze jak Cukiernia Lourse’a
podbiła serca mieszkańców Warszawy zwłaszcza przepyszną czarną kawą i wybornymi
ciastami. Z dzisiejszej perspektywy widać, żeta cukiernicza rodzina pragnęła
zdobyć monopol na rynku warszawskich łakoci. Wszyscy synowie Kacpra (a było ich
aż siedmiu) poszli w ślady ojca. W ten sposób powstawały coraz to nowe filie
cukierni: przy Krakowskim Przedmieściu, na rogu Alej Jerozolimskich i Nowego
Światu, na rogu Marszałkowskiej i Królewskiej i przy samej już Królewskiej.
Żadna z tych filii nie zyskała jednak sławy jaką zdobyła Cukiernia którą
otwarto w latach pięćdziesiątych XIX wieku w gmachu Teatru Wielkiego. Po
przedstawieniu widzowie, aktorzy, artyści gromadzili się w salkach „Pod
Filarami” by przy rożkach śmietankowych czy petit-fourach pomówić o swoich
wrażeniach i posłuchać najnowszych plotek. Ignacy Baliński tak opisywał
cukiernię Teatru Wielkiego: W dwóch
mrocznych i pełnych dymu pokojach na lewo i na ”górce” zbierali się w czasie
prób i przed przedstawieniem aktorzy. Ciasta ucierano ręcznie, a
miazgę kakaową uzyskiwano za pomocą kamiennych żaren poruszanych siłą własnych
rąk. Każdy uczeń musiał przejść wszystkie etapy – nauczyć się wyrabiać ciasto
drożdżowe, ucierane i kruche, a także konfitury, marmolady, dżemy, karmelki i
pomadki. Musiał nie tylko nabyć wiedzę, ale również umiejętności techniczne.
Surowy Semadeni miał żelazne zasady, brzydził się kłamstwem i nie znosił brudu.
Pilnował więc uczniów, sprawdzał higienę dłoni i czystość fartuchów. Choć nieco
fanatycznie podchodził do kwestii wychowania kolejnych pokoleń cukierników, był
z natury człowiekiem bardzo dobrym, który swoich pracowników darzył nie tylko
szacunkiem, ale również zaufaniem. Jego praktykantami byli wyłącznie mężczyźni,
którym nie wolno było ani palić tytoniu, ani pić wódki. Semadeni zabraniał im
również spotykania się z praktykantami z innych cukierni. Chciał po prostu,
żeby jego uczniowie zawsze byli lepsi od innych.

Bibliografia:
Wojciech Herbaczyński „W dawnych cukierniach i
kawiarniach warszawskich”