-->

czwartek, 30 października 2014

Czekoladowa kawa zbożowa i myśl o przemijaniu


Na tamten świat nikt się nie spóźnia. Niektórzy są nawet przed czasem.

Ten listopadowy dzień jest dla mnie szczególny. Zatraceni w biegu dnia codziennego tak łatwo zapominamy o przemijaniu. Zapominamy o tym jak wiele zawdzięczamy Tym, którzy byli przed nami. Przede wszystkim zawdzięczamy Im życie. Zapominamy, że to Oni byli bohaterami naszych pierwszych życiowych bitew i dni; że to Oni nauczyli nas czym jest miłość i oddanie; że byli przewodnikami naszych pierwszych wycieczek; drogowskazami przyszłych wyborów; nauczycielami życia; aniołami stróżami naszego dobra. To dzięki Nim jesteśmy tymi, którymi dzisiaj jesteśmy i możemy żyć tak, jak żyjemy. Często wymagało to wielu poświęceń. Pomimo zmęczenia i opadających do snu powiek nigdy nie odmawiali nam kolejnej bajki czy opowieści. Pomimo bólu kości nigdy nie pozbawili nas kolejnego uścisku czy wzięcia na ręce. Gdy w zadumie zastanawiali się nad swą niedaleką przyszłością z radością patrzyli na nas: młodych, zdrowych, w pełni sił i z całym życiem przed sobą. Pragnąc jedynie naszego szczęścia dziękowali Bogu za każdy kolejny dzień licząc, że ma On ich dla Nich jak najwięcej. Wychodziło różnie. Często to nie Boża wola a zwykła ludzka ułomność sprawiała inaczej.

Wspominajmy Ich jak najczęściej a jeśli życie uporczywie absorbuje nas za bardzo choć w ten listopadowy dzień zapalając Im świeczkę wspomnijmy cudowną szarlotkę jaką robiła babcia, jej ciepłe, szorstkie i spracowane ręce. Zapach chleba w naszym rodzinnym domu i wspólne śpiewanie kolęd. Cudowne poświęcenie dziadka, który co roku robił za Świętego Mikołaja i zabawiał swoje wnuczęta. A może po prostu uśmiech i głos... tak, uśmiech i głos, za które dziś gotowi bylibyśmy oddać wszystko.

Jest w moim życiu książka, która szczególnie wiele dla mnie znaczy. Duży mały poradnik życia Jacksona Browna. Poniżej rekomendacja samego autora:

Wiele wydarzyło się od jesieni 1990 roku, kiedy to przy kuchennym stole pospiesznie spisałem kilka stron rad, refleksji i spostrzeżeń dla mojego syna, Adama, który wybierał się właśnie na studia. Pierwszy zbiór ojcowskich porad zawierał 511 haseł. Co dwa lata dosyłałem mu nowe. Najbardziej z synem jesteśmy dumni z tego, że nasza korespondencja, dostępna już w 28 językach, jest ceniona na całym świecie jako wartościowe kompendium życiowych refleksji i użyteczny poradnik. 

Pamiętam ten dzień, gdy otrzymałam ją na Walentynki od mojego kochanego Dziadka, którego piąta już rocznica śmierci minęła całkiem niedawno. Wówczas nie do końca rozumiałam intencje tego podarku i to, że po raz pierwszy w życiu Dziadziuś zdecydował się (sam z siebie!) napisać na pierwszej stronie osobistą sentencję. Widocznie dla Niego też było to ważne aby ta książka stała się reliktem mojej prze(przy)szłości. Poza otrzymanym od Dziadka pierścionkiem jest to chyba moje najważniejsze sacrum z Nim związane. Gdy mi źle i dobrze zerkam często na te pięknie wydane, pożółkłe strony i staram się domyślić co On zrobiłby na moim miejscu. Ze swoim doświadczeniem i życiową mądrością. On... mój Bohater.

Czekoladowa kawa zbożowa
(2 porcje)

500 ml mleka 1,5%
5 czubatych łyżek kawy zbożowej
odrobina cynamonu
6 kostek czekolady mlecznej
3 kostki czekolady deserowej

Czekoladę rozpuszczamy w mleku, dodajemy kawę i cynamon. Całość  mieszamy. Można dodać odrobinę śmietanki 30%. Mocno podgrzewamy, ale nie doprowadzamy do wrzenia. Kawę miksujemy w celu uzyskania puszystej pianki a następnie posypujemy kawałkami startej czekolady.

Książka dla dzieci i dorosłych: Dlaczego pingwinom nie zamarzają stopy? Mick O'Hare


Na tę książkę trafiłam zupełnie przypadkowo w antykwariacie. Moją uwagę przykuł nietuzinkowy dość tytuł: dlaczego pingwinom nie zamarzają stopy? No właśnie, dlaczego? Nie mają odmrożeń a przecież pozbawione grubych butów i skarpetek stąpają po lodzie? :-) Nawet mój pies, choć mogłoby się wydawać również jako zwierzak powinien być zahartowany, gdy nadchodzi mróz kurczy nogi i nie chce wcale wychodzić na spacer. Tym sposobem od strony do strony zaczęłam zauważać na jak wiele rzeczy nie zwracam w życiu uwagi traktując je jako oczywistość i nie zastanawiając się zupełnie... dlaczego? 

Książka Micka O`Hare to zbiór 115 pytań i zagadek (zadawanych nie tylko przez dzieci), jak również tyluż samo odpowiedzi ekspertów. Wśród ciekawostek znajdziecie odpowiedź na takie pytania jak: czy niedźwiedzie przeniesione na Antarktykę miałyby szansę przeżyć? Dlaczego okienka w kadłubie statku są okrągłe? Dlaczego przed deszczem chmury zmieniają barwę na ciemnoszarą? Co jest przyczyną zielonego opalizującego połysku jaki często widać na szynce i bekonie? Aż w końcu dlaczego ludzki palec jest idealnie dopasowany do dziurki w nosie? :-) To oczywiście tylko część muszę przyznać - niesamowicie ciekawych ludzkich rozterek. Jeśli znacie odpowiedzi na te zagadki - gratuluję! Ja zaraz po powrocie do domu zaczęłam przepytywać mojego męża i jak się okazało, często bezradnie rozkładaliśmy ręce śmiejąc się z naszej niewiedzy. 

Książka idealna dla lubiących wszystko wiedzieć i dociekliwych dzieci i dorosłych. Napisana bardzo prostym i przyjemnym językiem dzięki czemu osiągnęła status światowego bestselleru. Wydana pod patronatem New Scientist. 246 stron wiedzy, którą zaskoczycie niejednego mądralę i rozwiejecie wątpliwości małego wynalazcy i naukowca. 

Dlaczego pingwinom nie zamarzają stopy? Mick O`Hare
Wydawnictwo Insignis Media 2009 
cena 32 zł (ja w antykwariacie kupiłam ją za 15 zł)


wtorek, 24 czerwca 2014

Wakacje na wsi

Już nie raz wspominałam Wam o tym, że uwielbiam wieś. Te wieczory nad jeziorem, spacery po łąkach i polach, zapach wiatru który pędzi po pustych przestrzeniach. Smaki, których próżno szukać w większych skupiskach ludzi, krajobrazy za którymi tęsknię żyjąc w mieście. Wieś to zdecydowanie moje miejsce na ziemi. Dziś zapraszam Was do przepięknego ogrodu. W tym roku mieni się kolorami jeszcze bardziej różnorodnymi niż w roku ubiegłym. Z radością obserwuję jak się rozwija. Na jesieni czekają nas zbiory dyni, z których mam nadzieję będę mogła przyrządzić pyszną dyniową zupę. I to z własnego ogródka! Zapraszam Was na herbatę do naszego ogrodu. To właśnie w nim ostatnio wypoczywam najczęściej. 








czwartek, 22 maja 2014

Pizza Margherita


Przyznam Wam się szczerze, że gdy za oknem o 9 rano jest 30 stopni to odechciewa mi się robić cokolwiek. Jedyną rzeczą, której z pewnością nie zabraknie w moim domu w takie dni jak dziś jest mięta z cytryną. Wczoraj na obiad przygotowałam smażoną rybę i bardzo tego żałuję. Całe szczęście są już truskawki! Niestety mój mąż to wyjątkowo mięsożerna bestia i lekkich obiadów nie uznaje. Tymczasem obchodził urodziny i pomimo tych 30 stopni mam za sobą 40 muffin, które zaniósł do pracy. :-) Dziś proponuję Wam bardzo łatwą i szybką pizzę. Idealna, jeśli nie macie ochoty na typowy tradycyjny obiad. 

Pizza Margherita

Ciasto: 
2 dag drożdzy 
2 szklanki mąki pszennej 
3/4 szklanki wody
1 łyżeczka soli
cukier 
3 łyżki oliwy z oliwek 

Dodatki:
250 g mozzarelli 
1 puszka pomidorów (lub 5 świeżych) 
tymianek bazylia oregano 
oliwa z oliwek
sól, pieprz 
1 czerwona cebula
4 ząbki czosnku

Do 1/4 szklanki lekko podgrzanej wody dodajemy drożdże, cukier i odrobinę mąki. Mieszamy i odstawiamy na 15 minut. Po tym czasie zaczyn łączymy z pozostałymi składnikami na ciasto. Wyrabiamy, przykrywamy ściereczką i odstawiamy na godzinę w ciepłe miejsce. Tymczasem szykujemy sos. W garnuszku rozgrzewamy 2 łyżki oliwy z oliwek, dodajemy drobno pokrojone cebulę i czosnek. Następnie dodajemy pomidory (jeśli są świeże należy je pokroić na ćwiartki). Następnie sól, pieprz, bazylię, oregano i tymianek. Sos gotujemy ok 10-15 minut a następnie blendujemy. Jeśli jest za gęsty można go jeszcze chwilę pogotować lub w wersji szybkiej zagęścić dodatkowymi dwiema łyżkami mąki pszennej. Wyrośnięte ciasto dzielimy na 2 części i formując placki układamy na blasze do wypiekania pizzy. Każdy z nich smarujemy przygotowanym sosem a następnie zapiekamy ok. 5-7 minut w piekarniku nagrzanym do 240 st. C.

wtorek, 13 maja 2014

Przedwojenne cukiernie Warszawy



Gdy po raz pierwszy zetknęłam się z książką autorstwa Wojciecha Herbaczyńskiego W dawnych cukierniach i kawiarniach warszawskich nie zdawałam sobie jeszcze sprawy jak bogate było cukiernicze zaplecze przedwojennej Warszawy. Owszem wiedziałam, że prym w tej dziedzinie wiodły wiedeńskie Café a gdzieniegdzie przybysze z owych odległych krain zakładali swoje wyjątkowe kawiarenki, wprowadzające wiedeński szyk na polskie salony, gdzie można było skosztować najlepszych czekolad i ciast. Być może pamiętacie post dotyczący papieskich kremówek, w którym opisywałam właśnie jedno z takich magicznych miejsc. 

Herbaczyński udowodnił mi, że przedwojenna Warszawa przyciągająca do siebie najważniejsze głowy państwa, artystów i zasłużonych Polaków nie ustępowała w branży cukierniczej nawet wiedeńskim cukierniom.  Nie tak dawno wspomniałam na blogowym facebooku o Cukierni Lourse’a znajdującej się ongiś przy ulicy Miodowej 12 w budynku Hotelu Europejskiego. Było to wyjątkowo eleganckie i wytworne miejsce, do którego uwielbiał zaglądać ojciec Fryderyka, Mikołaj Chopin pochłonięty lekturą prasy francuskiej wyłożonej na stole. Założyciel cukierni Wawrzyniec Lourse, z pochodzenia Szwajcar zadbał o to, by jego powstała w 1821 r. cukiernia mogła konkurować z najznakomitszymi kawiarniami europejskimi. Poza budzącymi podziw w całej Warszawie lodami i ciastami, które serwował również na wynos, zachwycające było samo wnętrze cukierni. Marmurowe stoliki, kryształy, lustra, porcelana i srebrna zastawa przyciągały pragnących pławić się w luksusach i lubiących wystawne życie Warszawiaków. 

 
Jeśli ktoś wolał nieco skromniejsze miejsca mógł zajrzeć do Pasticeria di Milano przy ulicy Kruczej. Był to pierwszy w historii tego miasta sklep z wyrobami na wynos. W 1902 roku otworzył go włoski mistrz cukiernictwa Giovanni Giacomo Lardelli. Był to skromny i bardzo schludny sklepik, w którym cukiernik przyodziany w śnieżnobiały kitel podawał szczypcami nieznane dotąd w Warszawie eklerki z kremem (warszawskie były z bitą śmietaną), tartaletki z owocami i inne nieznane dotąd w stolicy pyszności. Zapotrzebowanie na te słodkości musiało być duże, zwłaszcza że Lardelii zdobył się na otwarcie kilku kolejnych cukierni w tym jeden wyłącznie dla pań. Panowie mogli tam przychodzić wyłącznie w damskim towarzystwie. Dziś zapewne byłoby to nie do pomyślenia i oskarżono by włoskiego mistrza o dyskryminację a wówczas było to bardzo chętnie odwiedzane przez kobiety miejsce i nikt nie widział w tym nic złego. 

Ówczesne cukiernie były jak prawdziwe manufaktury łakoci. Najczęściej prowadzone przez jedną rodzinę i dokładnie strzegące sekretu wyrobu serwowanych pyszności. O jednej z takich rodzin pisał sam Bolesław Prus: 

Miłości! Takeś rozmarzyła mnie,
Takeś rozkołysała duszę,
Że aż do Semadynie-
Go na czarną kawę iść muszę. 

Rodzina Semadenich na nadwiślańską ziemię przybyła z położonego w szwajcarskim kantonie Grison miasta Poschiavo w wieku XVIII. Początkowo omijali stolicę, miejsce do życia znajdując sobie w Płocku, Lublinie, Kijowie, Kaliszu i Łomży. Z biegiem lat z jednego rodu uformowały się dwie rodzinne gałęzie. Jedna cukiernicza, a druga pastorska. Niemal wszystkie pokolenia Semadenich zachowywały obywatelstwo szwajcarskie. Nie ukrywali jednak przy tym wielkiego oddania Polsce, które pieczętowali udziałem w powstaniach narodowych oraz wzorową postawą patriotyczną. W Warszawie pojawili się w XIX wieku. Pierwszą rodzinną cukiernię otworzył w 1827 roku Kacper Semadeni. Mieściła się na parterze kamienicy u zbiegu Nowego Światu i Świętokrzyskiej. Znana tak dobrze jak Cukiernia Lourse’a podbiła serca mieszkańców Warszawy zwłaszcza przepyszną czarną kawą i wybornymi ciastami. Z dzisiejszej perspektywy widać, żeta cukiernicza rodzina pragnęła zdobyć monopol na rynku warszawskich łakoci. Wszyscy synowie Kacpra (a było ich aż siedmiu) poszli w ślady ojca. W ten sposób powstawały coraz to nowe filie cukierni: przy Krakowskim Przedmieściu, na rogu Alej Jerozolimskich i Nowego Światu, na rogu Marszałkowskiej i Królewskiej i przy samej już Królewskiej. Żadna z tych filii nie zyskała jednak sławy jaką zdobyła Cukiernia którą otwarto w latach pięćdziesiątych XIX wieku w gmachu Teatru Wielkiego. Po przedstawieniu widzowie, aktorzy, artyści gromadzili się w salkach „Pod Filarami” by przy rożkach śmietankowych czy petit-fourach pomówić o swoich wrażeniach i posłuchać najnowszych plotek. Ignacy Baliński tak opisywał cukiernię Teatru Wielkiego: W dwóch mrocznych i pełnych dymu pokojach na lewo i na ”górce” zbierali się w czasie prób i przed przedstawieniem aktorzy. Ciasta ucierano ręcznie, a miazgę kakaową uzyskiwano za pomocą kamiennych żaren poruszanych siłą własnych rąk. Każdy uczeń musiał przejść wszystkie etapy – nauczyć się wyrabiać ciasto drożdżowe, ucierane i kruche, a także konfitury, marmolady, dżemy, karmelki i pomadki. Musiał nie tylko nabyć wiedzę, ale również umiejętności techniczne. Surowy Semadeni miał żelazne zasady, brzydził się kłamstwem i nie znosił brudu. Pilnował więc uczniów, sprawdzał higienę dłoni i czystość fartuchów. Choć nieco fanatycznie podchodził do kwestii wychowania kolejnych pokoleń cukierników, był z natury człowiekiem bardzo dobrym, który swoich pracowników darzył nie tylko szacunkiem, ale również zaufaniem. Jego praktykantami byli wyłącznie mężczyźni, którym nie wolno było ani palić tytoniu, ani pić wódki. Semadeni zabraniał im również spotykania się z praktykantami z innych cukierni. Chciał po prostu, żeby jego uczniowie zawsze byli lepsi od innych.

Bibliografia: 

1 2
Wojciech Herbaczyński „W dawnych cukierniach i kawiarniach warszawskich

środa, 7 maja 2014

Brokułowa zupa krem / Simple Cream of Broccoli Soup


Co prawda zupy krem najbardziej smakują mi zimą ale na tą jeszcze pewnie nie raz skusimy się nawet wtedy gdy za oknem będzie skwar, taka jest przepyszna. Mój mąż jest wielkim fanem zup a stwierdził, że ta jest najlepszą jaką kiedykolwiek jadł. Bardzo szybka i prosta do wykonania a skusi na pewno również niejednego małego niejadka. Polecam! 

Brokułowa zupa krem / Simple Cream of Broccoli Soup

1 kg brokułów / 1 kg broccoli
3 marchewki / 3 carrots 
1 cebula / 1 onion 
4 ziemniaki / 4 potatoes 
1 ząbek czosnku / 1 clove garlic 
0,5 l bulionu drobiowego / 0,5 l chicken broth
śmietana / 18% cream 
grzanki / croutons
sól i pieprz do smaku / salt and pepper to taste

Przygotować bulion.  Warzywa pokroić i ugotować do miękkości. Gdy zupa lekko ostygnie dokładnie zmiksować. Doprawić do smaku solą i pieprzem. Podawać na ciepło lub zimno z dodatkiem śmietany i z grzankami. 

Prepare the broth. Cut vegetables and cook until tender. When slightly cooled mix soup thoroughly. Season to taste with salt and pepper. Serve hot or cold with the addition of cream and croutons.

wtorek, 6 maja 2014

Napój miętowy / Fresh Mint Cocktail


Nie wiem jak Wy ale ja za oknem widzę już lato. Gdy tylko zrobi się cieplej pakuję piknikowy koszyk i jadę spędzić dzień na świeżym powietrzu zajadając się przygotowanymi uprzednio smakołykami. Sami najchętniej wybieramy Radziejowice i znajdujący się tam park piknikowy. Po odpoczynku na pięknej trawie i gorącym słońcu można schłodzić się pucharkiem lodów z syropem malinowym a później zwiedzić pałac i zapoznać się bliżej z życiem i twórczością Chełmońskiego. Bardzo lubię tam wracać w gorące letnie popołudnia. Na jeden z takich dni polecam Wam orzeźwiający napój miętowy. Świetnie smakuje dobrze schłodzony.

Napój miętowy / Fresh Mint Cocktail 

4 szklanki wody / 4 glasses of water
4 szklanki soku jabłkowego / 4 glasses of apple juice
świeża mięta / fresh mint
3 łyżki cukru trzcinowego / 3 tbsp. sugar cane

Miętę umyć i zalać przegotowaną wodą. Odstawić do ostygnięcia. Następnie dodać sok jabłkowy i cukier.  Wymieszać i schłodzić. 

Wash mint put into a jar and pour with boiling water.Set aside to cool. Then add the apple juice and sugar. Mix and cool.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...