-->
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciekawe miejsca - Polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciekawe miejsca - Polska. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 4 stycznia 2015

TATRY I PODHALE - PRZEWODNIK SUBIEKTYWNY







W związku ze zbliżającymi się feriami postanowiłam poświęcić kilka postów, jednej z moich największych zaraz obok fotografii pasji - podróżom. Co prawda w tym roku moje ferie spędzam na Mazowszu, jednak mam nadzieję, ze jeszcze w tym roku uda mi się odwiedzić ukochane góry.  Dziś chciałabym Wam przedstawić kilka miejsc związanych z Tatrami i Zakopanem, które najczęściej pozostają niezauważone a do których warto się wybrać, by móc w pełni cieszyć się urokiem tatrzańskich połaci.

1. Kościół Księży Salwatorianów ul. Bulwary Słowackiego 2.

Interesujące rozwiązanie architektoniczne czyni z kościoła Salwatorianów jeden z lepszych na Podhalu przykładów nowoczesnego regionalizmu, spotykanego na przykład w Skandynawii. Stromy dach kościoła i jego strzelista wieża pokryte są gontem, który tworzy duże okapy, ale mimo to wnętrze kościoła nie jest ciemne. Duże okna zdobią witraże Andrzeja Gałka. Wyposażenie wnętrza również interesująco łączy nowoczesną sztukę z ludową tradycją.




2. Dolina Białego 

Dolina Białego Potoku jest jednym z najprzyjemniejszych miejsc na krótki i niewymagający spacer. Mimo, iż przez prawdziwych turystów omijana ze względu na łatwość i dostępność, zapewnia odwiedzającemu wiele atrakcji - szumiący, pienisty potok, wysokie, wapienne skały, dorodne lasy regla dolnego i górnego. Wycieczka jest również pouczająca, gdyż m.in. ukazuje charakter doliny rzecznej - V-kształtnej.


3. Szlak: Dolina Strążyska - Sarnia Skala - Dolina Białego 

Trasę tę polecił nam nasz gospodarz, gdy ostatnim razem odwiedziliśmy Tatry.  Latem bardzo łatwa i przyjemna. My trafiliśmy na nawal śniegu, ale tego nie zaprzeczy nikt. Widok na Zakopane z Sarniej Skały jest cudowny i warto się tam wybrać


4. Restauracja Marzanna ul. Balzera 17e

Bardzo przyjemne miejsce, w którym zjecie domowy obiad wprost od Babci. Wszystko tak, jak lubię: smaczna kuchnia, dowcipne podejście do klienta i tona gratów z okolicznych szop i strychów. W Marzannie zdecydowanie rządzi pan Rysiek i nie idźcie tam, jeśli nie lubicie bezpośredniego traktowania. Zainteresowanie restauracja jest tak duże, ze zapewne będziecie musieli dosiąść się do cudzego stolika, lub tez pan Rysiek dosadzi kogoś do Was. Miejsce z klimatem, do którego wracam za każdym razem odwiedzając Zakopane. 


5. Cocktail Bar Gabi, ul. Zamoyskiego 10a

Po obiedzie koniecznie musicie wybrać się na deser do Gabi. Pyszne ciasta, torty, lody i czekolady na gorąco. Jako specjalista od słodkości daję temu miejscu 5 gwiazdek. 


6. Schronisko na Hali Ornak (Kościelisko) i Dolina Chochołowska

Zwykłe frytki i czekolada nigdzie nie smakują tak dobrze jak zjedzone na zimnej ławce z drzewnego konaru tuz przed schroniskiem. Doliny Kościeliska i Chochołowska to dwa absolutnie obowiązkowe spacery dla ludzi w każdym wieku. 




7. Tor Lodowy COS Zakopane, ul. Bronisława Czecha 1

To moje ulubione lodowisko i żadne Torwary i Narodowe Stadiony nie sięgają mu do "pięt". Co ciekawe nawet w czasie ferii nie ma obłożenia i bez strachu o życie własne i bliskich możecie poślizgać się tu nawet z małymi dziećmi.  Mnie możecie spotkać po godzinie 18 przez ok 2-3 godzinny dziennie, zawsze gdy jestem w stolicy Tatr. 


8. Renifery Zakopane ul. Zamojskiego 6a/3

Myślicieże w Zakopanem nie można znaleźć reniferówOczywiścieżmożna! Pan Robert Duch dysponuje takowymi wypożyczajac je do reklam i eventow.  Jeśli wiec marzeniem Waszego dziecka jest ujrzenie brata bliźniaka czerwononosego Rudolfa, jedźcie w kierunku Kościeliska. 


9. Pizzeria - Karczma Remax, ul. Balzera 2

Tu jadłam najsmaczniejszą pizze w Zakopanem. 


Tymczasem miłego planowania ferii! Kolejny odcinek subiektywnego przewodnika, będzie dotyczył Pienin. 

fot. na górze Marcin Kęsek

wtorek, 13 maja 2014

Przedwojenne cukiernie Warszawy



Gdy po raz pierwszy zetknęłam się z książką autorstwa Wojciecha Herbaczyńskiego W dawnych cukierniach i kawiarniach warszawskich nie zdawałam sobie jeszcze sprawy jak bogate było cukiernicze zaplecze przedwojennej Warszawy. Owszem wiedziałam, że prym w tej dziedzinie wiodły wiedeńskie Café a gdzieniegdzie przybysze z owych odległych krain zakładali swoje wyjątkowe kawiarenki, wprowadzające wiedeński szyk na polskie salony, gdzie można było skosztować najlepszych czekolad i ciast. Być może pamiętacie post dotyczący papieskich kremówek, w którym opisywałam właśnie jedno z takich magicznych miejsc. 

Herbaczyński udowodnił mi, że przedwojenna Warszawa przyciągająca do siebie najważniejsze głowy państwa, artystów i zasłużonych Polaków nie ustępowała w branży cukierniczej nawet wiedeńskim cukierniom.  Nie tak dawno wspomniałam na blogowym facebooku o Cukierni Lourse’a znajdującej się ongiś przy ulicy Miodowej 12 w budynku Hotelu Europejskiego. Było to wyjątkowo eleganckie i wytworne miejsce, do którego uwielbiał zaglądać ojciec Fryderyka, Mikołaj Chopin pochłonięty lekturą prasy francuskiej wyłożonej na stole. Założyciel cukierni Wawrzyniec Lourse, z pochodzenia Szwajcar zadbał o to, by jego powstała w 1821 r. cukiernia mogła konkurować z najznakomitszymi kawiarniami europejskimi. Poza budzącymi podziw w całej Warszawie lodami i ciastami, które serwował również na wynos, zachwycające było samo wnętrze cukierni. Marmurowe stoliki, kryształy, lustra, porcelana i srebrna zastawa przyciągały pragnących pławić się w luksusach i lubiących wystawne życie Warszawiaków. 

 
Jeśli ktoś wolał nieco skromniejsze miejsca mógł zajrzeć do Pasticeria di Milano przy ulicy Kruczej. Był to pierwszy w historii tego miasta sklep z wyrobami na wynos. W 1902 roku otworzył go włoski mistrz cukiernictwa Giovanni Giacomo Lardelli. Był to skromny i bardzo schludny sklepik, w którym cukiernik przyodziany w śnieżnobiały kitel podawał szczypcami nieznane dotąd w Warszawie eklerki z kremem (warszawskie były z bitą śmietaną), tartaletki z owocami i inne nieznane dotąd w stolicy pyszności. Zapotrzebowanie na te słodkości musiało być duże, zwłaszcza że Lardelii zdobył się na otwarcie kilku kolejnych cukierni w tym jeden wyłącznie dla pań. Panowie mogli tam przychodzić wyłącznie w damskim towarzystwie. Dziś zapewne byłoby to nie do pomyślenia i oskarżono by włoskiego mistrza o dyskryminację a wówczas było to bardzo chętnie odwiedzane przez kobiety miejsce i nikt nie widział w tym nic złego. 

Ówczesne cukiernie były jak prawdziwe manufaktury łakoci. Najczęściej prowadzone przez jedną rodzinę i dokładnie strzegące sekretu wyrobu serwowanych pyszności. O jednej z takich rodzin pisał sam Bolesław Prus: 

Miłości! Takeś rozmarzyła mnie,
Takeś rozkołysała duszę,
Że aż do Semadynie-
Go na czarną kawę iść muszę. 

Rodzina Semadenich na nadwiślańską ziemię przybyła z położonego w szwajcarskim kantonie Grison miasta Poschiavo w wieku XVIII. Początkowo omijali stolicę, miejsce do życia znajdując sobie w Płocku, Lublinie, Kijowie, Kaliszu i Łomży. Z biegiem lat z jednego rodu uformowały się dwie rodzinne gałęzie. Jedna cukiernicza, a druga pastorska. Niemal wszystkie pokolenia Semadenich zachowywały obywatelstwo szwajcarskie. Nie ukrywali jednak przy tym wielkiego oddania Polsce, które pieczętowali udziałem w powstaniach narodowych oraz wzorową postawą patriotyczną. W Warszawie pojawili się w XIX wieku. Pierwszą rodzinną cukiernię otworzył w 1827 roku Kacper Semadeni. Mieściła się na parterze kamienicy u zbiegu Nowego Światu i Świętokrzyskiej. Znana tak dobrze jak Cukiernia Lourse’a podbiła serca mieszkańców Warszawy zwłaszcza przepyszną czarną kawą i wybornymi ciastami. Z dzisiejszej perspektywy widać, żeta cukiernicza rodzina pragnęła zdobyć monopol na rynku warszawskich łakoci. Wszyscy synowie Kacpra (a było ich aż siedmiu) poszli w ślady ojca. W ten sposób powstawały coraz to nowe filie cukierni: przy Krakowskim Przedmieściu, na rogu Alej Jerozolimskich i Nowego Światu, na rogu Marszałkowskiej i Królewskiej i przy samej już Królewskiej. Żadna z tych filii nie zyskała jednak sławy jaką zdobyła Cukiernia którą otwarto w latach pięćdziesiątych XIX wieku w gmachu Teatru Wielkiego. Po przedstawieniu widzowie, aktorzy, artyści gromadzili się w salkach „Pod Filarami” by przy rożkach śmietankowych czy petit-fourach pomówić o swoich wrażeniach i posłuchać najnowszych plotek. Ignacy Baliński tak opisywał cukiernię Teatru Wielkiego: W dwóch mrocznych i pełnych dymu pokojach na lewo i na ”górce” zbierali się w czasie prób i przed przedstawieniem aktorzy. Ciasta ucierano ręcznie, a miazgę kakaową uzyskiwano za pomocą kamiennych żaren poruszanych siłą własnych rąk. Każdy uczeń musiał przejść wszystkie etapy – nauczyć się wyrabiać ciasto drożdżowe, ucierane i kruche, a także konfitury, marmolady, dżemy, karmelki i pomadki. Musiał nie tylko nabyć wiedzę, ale również umiejętności techniczne. Surowy Semadeni miał żelazne zasady, brzydził się kłamstwem i nie znosił brudu. Pilnował więc uczniów, sprawdzał higienę dłoni i czystość fartuchów. Choć nieco fanatycznie podchodził do kwestii wychowania kolejnych pokoleń cukierników, był z natury człowiekiem bardzo dobrym, który swoich pracowników darzył nie tylko szacunkiem, ale również zaufaniem. Jego praktykantami byli wyłącznie mężczyźni, którym nie wolno było ani palić tytoniu, ani pić wódki. Semadeni zabraniał im również spotykania się z praktykantami z innych cukierni. Chciał po prostu, żeby jego uczniowie zawsze byli lepsi od innych.

Bibliografia: 

1 2
Wojciech Herbaczyński „W dawnych cukierniach i kawiarniach warszawskich

wtorek, 6 maja 2014

Napój miętowy / Fresh Mint Cocktail


Nie wiem jak Wy ale ja za oknem widzę już lato. Gdy tylko zrobi się cieplej pakuję piknikowy koszyk i jadę spędzić dzień na świeżym powietrzu zajadając się przygotowanymi uprzednio smakołykami. Sami najchętniej wybieramy Radziejowice i znajdujący się tam park piknikowy. Po odpoczynku na pięknej trawie i gorącym słońcu można schłodzić się pucharkiem lodów z syropem malinowym a później zwiedzić pałac i zapoznać się bliżej z życiem i twórczością Chełmońskiego. Bardzo lubię tam wracać w gorące letnie popołudnia. Na jeden z takich dni polecam Wam orzeźwiający napój miętowy. Świetnie smakuje dobrze schłodzony.

Napój miętowy / Fresh Mint Cocktail 

4 szklanki wody / 4 glasses of water
4 szklanki soku jabłkowego / 4 glasses of apple juice
świeża mięta / fresh mint
3 łyżki cukru trzcinowego / 3 tbsp. sugar cane

Miętę umyć i zalać przegotowaną wodą. Odstawić do ostygnięcia. Następnie dodać sok jabłkowy i cukier.  Wymieszać i schłodzić. 

Wash mint put into a jar and pour with boiling water.Set aside to cool. Then add the apple juice and sugar. Mix and cool.

sobota, 3 maja 2014

Magiczne perły Ziemi Łódzkiej


W połowie tej deszczowej w Polsce Centralnej majówki, chciałoby się wyjść z domu i odkryć nowe, nieznane dotąd miejsca. Pozwolę sobie zaproponować Wam lokalizację, którą odwiedzałam już wielokrotnie i wciąż uwielbiam do niej wracać. Księżna Helena Radziwiłłowa stworzyła tu swój raj sprowadzając najlepszych architektów i artystów XVIII wiecznej Polski. Jej marzeniem był ogród będący odzwierciedleniem mitologicznej krainy wiecznej szczęśliwości, choć wynikało to nie tyle z upodobania księżnej do piękna, co z jej snobizmu. Srebra, nietuzinkowe porcelany i obrazy do nieborowskiego pałacu była bowiem w stanie dostać nawet przy użyciu siły, oszustwa czy grabieży. Miała wiele liczących się znajomości. Była przyjaciółką carycy Katarzyny II. Jednego z jej synów do chrztu podawał sam Stanisław August Poniatowski, z którym dzieliła się zresztą przestrzenią swojej alkowy, co jednak niespecjalnie przeszkadzało jej mężowi ze względu na osiągane w następstwie korzyści polityczne i majątkowe. 


Helena Radziwiłłowa była tak naprawdę nieszczęśliwą kobietą. Być może to fakt, iż straciła wszystkie swoje córki (umierały jedna po drugiej) przyczynił się do tak dużej woli wybudowania melancholijnego i romantycznego parku. Mitologiczne, bajkowe budowle, przepiękna przyroda, stawy, żywopłoty i śliczne angielskie ogrody do dziś robią wrażenie na turystach z całego świata. Nieborów i park Arkadia są zabytkami klasy 0 i jest prawie pewnym, że zwiedzając nieborowskie komnaty natraficie na turystów obcojęzycznych zachwycających się wyobraźnią i artystycznym wyczuciem księżnej. Jeśli maj uraczy nas jeszcze dobrą pogodą z całego serca zachęcam Was do odwiedzenia Nieborowa i Arkadii. Położone na ziemi łowickiej w niedalekiej odległości od Warszawy co weekend ściągają rzesze miłośników historycznej architektury. A w taki deszczowy wieczór jak dziś, zasłuchajcie się w bardzo ciekawie opowiedzianej historii księżnej Heleny Radziwiłłowej. Opowie ją Wam profesor Teresa Grzybkowska, która wypowiadała się na łamach audycji radiowej Polskiego Radia Dwójka. Link do audycji pod pierwszym zdjęciem. 
Miłego słuchania! 


Fotografie i źródło: 
2. Arkadia, akwaforta 1820, Dietrich Fryderyk (1779-1847)

poniedziałek, 24 marca 2014

To jest polska Wielkopolska.


Udało nam się trafić na przepiękny, słoneczny weekend. Spakowaliśmy walizkę i podążając autostradą z planem dnia w ręku ruszyliśmy by odkryć nieznaną nam dotąd Wielkopolskę. Drogowskazy po drodze wskazywały wiele pięknych i dobrze znanych z filmów i reklam miejsc takich jak Nieborów, Oporów, Łódź, Łęczyca, Uniejów. Słońce grzało niemiłosiernie, na niebie nie było ani jednej chmury a przed nami rozpościerało się około 250 km drogi. Nasz pierwszy punkt na mapie: Licheń Stary i znana mi z pocztówek i zdjęć monumentalna bazylika wyjęta rodem z rzymskiego placu Św. Piotra. Zjechaliśmy z autostrady węzłem Konin Wschodni i podążając wąskimi, wiejskimi dróżkami, mijając niezliczoną ilość dość wystawnych kapliczek przydrożnych ujrzeliśmy w oddali iskrzącą się niemalże żywym złotem kopułę. To co zobaczyliśmy podjeżdżając na gigantyczny parking oznaczony literą E (co oznaczałoby, że liczba tak gigantycznych parkingów wynosi co najmniej 5) przekroczyło nasze nawet najbardziej wyfantazjowane oczekiwania. Słowa gigantyczna, okazała, wystawna i bogata nie są w stanie zilustrować prawdziwego charakteru licheńskiej bazyliki. Zdecydowanie bardziej odpowiednie byłoby użycie słów monstrualna, monumentalna i ociekająca złotem. Po niezliczonej ilości schodów udaliśmy się do środka. Wnętrze bazyliki jest piękne. Wielkie, półokrągłe okna przez które wpada bardzo duża ilość światła, prześwietlającego kryształowe żyrandole robią niemałe wrażenie. Przy takiej pogodzie jaką mieliśmy my, tak małej liczbie osób (piątek) był to prawdziwy fotograficzny raj dla każdego pasjonata fotografii wnętrz zabytkowych. Z głośników dla zwiedzających puszczane są nagrania muzyki klasycznej, które w oryginale są dźwiękami licheńskich organów. Warto zaznaczyć, że nie byle jakich bowiem poza organami głównymi we wnętrzu bazyliki rozmieszczonych jest dodatkowych 6 w różnych miejscach budynku. W weekendy istnieje możliwość wejścia (lub wjechania windą) na wieżę gdzie znajduje się punkt widokowy. My niestety nie mogliśmy skorzystać z tej możliwości ze względu na dzień przyjazdu. Po zakończonym zwiedzaniu kolejnych kilka chwil poświęciliśmy modlitwie jestem jednak przekonana, że nawet osoby, którym zazwyczaj do kościoła nie jest po drodze wyjdą z licheńskiej bazyliki pod ogromnym wrażeniem jej wielkości i przepychu. Zbliżała się godzina 11.00 gdy ponownie wsiedliśmy do


samochodu. Jadąc w kierunku Konina zatrzymaliśmy się przy tak zwanej Górze Objawień, gdzie w sosnowym lesie poszliśmy na spacer śladem kapliczek zwiastujących mające tu niegdyś miejsce objawienia Matki Boskiej Królowej Polski. Jeśli myślicie, że większość odwiedzających Stary Licheń osób to ludzie na emeryturze, co najmniej powyżej 60-tki to jesteście w błędzie. Naprawdę zaskoczyła mnie liczba osób poniżej 30-tki, bardzo często samotnie odwiedzających to miejsce kultu tylko po to, by w ciszy i skupieniu oddać się modlitwie.

Kolejnym punktem na mapie była dzielnica Konina, Gosławice. Nie mogliśmy odpuścić obejrzenia zabytków znajdujących się w konińskim Muzeum Okręgowym. W skład muzeum wchodzi zamek, dworek, spichlerz i mały skansen. Byliśmy jedynymi turystami tego dnia, więc na spokojnie mogliśmy przyjrzeć się prezentowanym eksponatom. A było co oglądać. Numizmatyka, archeologia, wystawy poświęcone malarstwu, jubilerstwu, judaizmowi, kopalniom soli i węgla, historii oświetlenia z przepięknymi, zdobionymi lampami naftowymi. Ogromne wrażenie zrobiły na nas secesyjne wnętrza w przy muzealnym dworku. Całość zajęła nam około 2 godzin ale było naprawdę warto. Tuż naprzeciwko muzeum znajduje się Kościół Św. Andrzeja Apostoła wybudowany na początku XV wieku przez poznańskiego biskupa Andrzeja Łaskarza, więc zanim wsiedliśmy do samochodu przyjrzeliśmy się również jemu. Powrót do Konina przypadał na godzinę 14.00, więc już nieco wygłodzeni i przegrzani słońcem zostawiając samochód w pobliżu konińskiej starówki w pierwszej kolejności udaliśmy się na obiad. Kierując się intuicją i opiniami udaliśmy się do Restauracji Grodzka, gdzie w chłodnych podziemiach pięknej kamienicy na Placu Wolności z wielkim apetytem zjedliśmy bardzo smaczny obiad. Restauracja serwuje dania kuchni polskiej, bardzo świeże i dobre. Znajduje się w pięknym miejscu, na górze jest pensjonat dla tych, którzy chcieliby zostać w Koninie trochę dłużej. Jedyną wadą tego miejsca jest brak możliwości płacenia kartą, co dzięki pobliskim bankomatom nawet w sytuacji gdy nie mielibyście przy sobie gotówki nie stanowi większego problemu. Jeśli będziecie kiedyś chcieli odwiedzić Konin obowiązkowo udajcie


się do Kościoła Św. Bartłomieja przy ulicy Kościelnej. Witraże znajdujące się w tej świątyni są dziełem Eligiusza Niewiadomskiego, późniejszego zabójcy pierwszego prezydenta RP, Gabriela Narutowicza. To miejsce zrobiło chyba największe wrażenie na moim mężu. Kościół jest piękny, bogato zdobiony jednak z większym aniżeli licheńska bazylika wyczuciem smaku. Na kościelnym dziedzińcu znajduje się Słup Koniński, najstarszy w Europie Środkowowschodniej znak drogowy, który dotąd znałam tylko z podręczników do geografii, wskazujący połowę drogi z Kalisza do Kruszwicy. Pod względem turystycznym nie mogą Wam umknąć również rynek, Most Toruński, ratusz, eklektyczny pałac Reymonda z 1880 r. i fabryka tegoż samego właściciela znajdujące się po drugiej stronie Warty.

 Po godzinie 16.00 ponownie wsiedliśmy do samochodu by udać się do hotelu, gdzie czekało na nas kilka romantycznych niespodzianek. Do hotelu Moran znajdującego się nad największym jeziorem Wielkopolski, jeziorem Powidzkim dojechaliśmy około godziny 18.00 jadąc wyjątkowo urokliwą drogą leśną. Wzdłuż drogi ciągnęły się szyny od kolejki wąskotorowej co miało zapewne coś wspólnego ze znajdującym się w niedalekiej odległości terenem wojskowym. Na miejscu zostaliśmy zakwaterowani w przepięknym pokoju z widokiem na jezioro. Po trzech godzinach spędzonych na basenie, udaliśmy się na przygotowaną specjalnie dla nas romantyczną kolację gdzie przy stole obsypanym płatkami róż, z kieliszkiem wina i w blasku świec podano nam jedzenie, które ze względu na swój smak śni mi się wciąż po nocach. :-) Przystawką były babeczki z tatarem z łososia w towarzystwie ogórka kiszonego, następnie bulion drobiowy i eskalopki z polędwicy z makaronem pappardelle w sosie z pieprzu zielonego z parmezanem (to danie po prostu zwaliło mnie z nóg, było tak pyszne). Na deser lody waniliowe z bitą śmietaną i gorącym sosem malinowym. Kuchnia w Moranie jest po prostu obłędna czego ostatecznym potwierdzeniem były ich wypiekane rano bułeczki i croissanty. Coś specjalnego dla par: hotel zrobił nam niespodziankę i późnym wieczorem po zamknięciu strefy wellness przygotował dla nas specjalny seans w jacuzzi w otoczeniu świec i z kieliszkiem wina. Po takim odpoczynku wróciliśmy do domu jak nowo narodzeni. ;-)


Restauracja Grodzka, Plac Wolności 7 Konin
Hotel Moran, Ostrowo 30 Powidz
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...