-->

czwartek, 27 listopada 2014

MAROKAŃSKI TAGINE (TAJINE)

Tagine, tajine albo po prostu tażin to gliniane naczynie pochodzące z kuchni Maghrebu a wywodzące się przede wszystkim z Maroko. Służy do pieczenia mięs nad rozżarzonym węglem lub drewnem jednakże może być przyrządzone również w naszej domowej kuchni. Samo danie można przygotować na milion sposobów, dobierając składniki wedle uznania. Jeśli macie ochotę na małą podróż do Maroko i posiadacie lub planujecie zakupić tagine - serdecznie zapraszam, bo naprawdę warto. 

Słowem wstępu. 

Jeśli decydujecie się na zakup tagine wybierajcie te, które są jak najmniej zdobione. Wiem, że marokańskie motywy kuszą oczy i zmysły jednakże mając w zamiarze wykorzystywanie naczynia w kuchni wybierzcie najzwyklejsze, czysto gliniane. Chodzi o to aby w jak największym stopniu wykluczyć obecność toksycznych farb, lakierów, powłok itp.

Gdzie kupić tagine?

Najlepiej w Maroko. Jeśli wybieracie się tam na wakacje pamiętajcie o zakupie tego naczynia. Na miejscu będziecie mogli wybierać w wielkościach i walorach estetycznych. Konkurencyjna jest również cena. Jeśli nie wybieracie się sami może zrobi to ktoś z Waszych planujących akurat podróż znajomych. Ostatecznie tagine można zakupić również w Polsce m.in. na allegro i w internetowych sklepach marokańskich, jednak wybór będzie mniejszy a cena nieporównywalnie wyższa. 

Przed zastosowaniem, czyli co będzie potrzebne? 

Musicie pamiętać, że świeżo zakupiony tagine nie został jeszcze wypalony w taki sposób, aby nie pękł nam przy pierwszym użyciu, dlatego musicie to zrobić sami. Ja przez ok 24 godziny najpierw namaczałam tagine w wodzie a następnie osuszyłam, natarłam oliwą i włożyłam do zimnego piekarnika ustawiając temperaturę 150 stopni. Od czasu osiągnięcia tej temperatury tagine powinien przebywać w piekarniku ok. 2 godzin. Później wystarczy poczekać aż naczynie samoistnie się schłodzi i można już z niego korzystać. 

Przed przystąpieniem do przygotowywania marokańskiego dania warto zaopatrzyć się również w płytkę na palnik taką jak np. tu. Pamiętajcie, że korzystając z kuchenki indukcyjnej nie będziecie mogli używać tagine!

No i w końcu! Przepis na mój tagine...

nóżki kurczaka
drobno pokrojone warzywa: marchewka, pietruszka, seler, por, bakłażan, cukinia, pomidorki koktajlowe
cebula czerwona
kilka ząbków czosnku 
cytryna kiszona, przepis znajdziecie tu
oliwa z oliwek 
przyprawy wedle gustu i uznania, proponuję oregano, tymianek, sól, curry (możecie też kupić gotową mieszankę, ale lepsze efekty osiągnięcie dobierając smak sami)

Na dno naczynia wlewamy łyżkę oliwy z oliwek. Następnie układamy włoszczyznę i nóżki kurczaka. Cebulę kroimy w piórka i umieszczamy w naczyniu, podobnie jak pokrojonego na drobne kawałki bakłażana, cukinię i pomidorki. Na wierzchu układamy przeciśnięty przez praskę czosnek i dwie ćwiartki kiszonej cytryny. Przyprawiamy. Tagine przykrywamy przykrywką i na maleńkim ogniu (pamiętajcie o nakładce na palnik gazowy!) gotujemy przez ok 45 minut. Gotowe danie (sami przekonacie się jak pachnie!) serwujemy w tym samym naczyniu, w którym je przyrządzaliśmy. Smacznego! :-) 



środa, 26 listopada 2014

CYTRYNA KISZONA - ŚWIATOWYM HITEM

 
Podejrzewam, że większość z Was po raz pierwszy styka się z istnieniem kiszonej cytryny. Choć to Polacy są specjalistami w wyrobie kiszonek wszelkich kiszona cytryna jest dodatkiem kuchni marokańskiej. Jeszcze kilka lat temu nikt nie spodziewałby się, że za jakiś czas wyrób ten zrobi furorę na całym świecie i zyska uznanie najwybredniejszych gustów smakowych. Tymczasem coraz częściej jest wykorzystywana jako dodatek do ryżu, pieczonej ryby, sosów, dipów i sałatek. Jej intensywny aromat nadaje daniom wyrazistości i muszę przyznać, że i ja uległam jej subtelnemu czarowi. Co więcej, kiszoną cytrynę robi się bardzo prosto a jej użycie gwarantuje nam, że przygotowane danie zyska na tym smakowo.

Ja przygotuję kiszoną cytrynę, którą wykorzystam do przyrządzenia dania marokańskiego, o którym więcej już w następnym poście. Zapraszam serdecznie. 

Kiszona cytryna

6 cytryn
sok z 1 cytryny 
3 ząbki czosnku
sól gruboziarnista
liść laurowy
cynamon
przegotowana woda
 
Cytryny dokładnie myjemy i kroimy na ćwiartki. Ich wnętrze nacieramy solą a następnie przekładamy do słoika, gdzie umieszczamy również liść laurowy, czosnek i cynamon. Całość zalewamy sokiem z cytryny i przegotowaną wodą. Tak przygotowany słoik szczelnie zamykamy, odstawiamy w ciemne miejsce i po tygodniu możemy już stosować kiszoną cytrynę jako dodatek do naszych dań. 
 
Nie mogłam się powstrzymać aby nie umieścić kilku zdjęć z projektu fotograficznego April Maciborka i Davida Wile, którzy to uchwycili moment spróbowania cytryny przez dzieci po raz pierwszy w życiu. Fajnie wyszło, co? 
 

SYROP Z CZARNEGO BZU I RÓŻY


Uważnie staram się nadrobić stracone chwile. Kiedy nastał czas kwitnących drzew ja sama nie mogłam podzielić się z Wami przepisami na kolejne wspaniałości jakie możemy zrobić we własnej kuchni czerpiąc z przyrody. Mam jednak nadzieję, że te przepisy pozostaną w Waszej pamięci a gdy drzewa i krzewy zakwitną ponownie, w odpowiednim momencie zajrzycie do mojej kwiatowej kuchni. A warto! 

Syrop z czarnego bzu i róży 

20 baldachimów kwiatów czarnego bzu 
100 g płatków dzikiej róży 
1,5 kg cukru 
1 litr wody 
1 cytryna

Kwiaty zebrać ze względnie czystego i oddalonego od ruchliwych ulic miejsca. Następnie oderwać kwiaty (płatki) od łodyżek i ułożyć na ok 10 minut na jasnym papierze w celu pozbycia się ewentualnych lokatorów. W następnej kolejności kwiaty przepłukać, delikatnie wycisnąć i umieścić w słoiczku.

Następnie przygotować syrop. Cytrynę dokładnie umyć i pokroić w plasterki. Wodę, cukier i cytrynę umieścić w jednym garnku i gotować cały czas mieszając, aż do uzyskania odpowiedniej konsystencji. Cytrynę wyciągnąć i wycisnąć sok. Syrop delikatnie przestudzić i zalać nim kwiaty. Szczelnie zamknąć słoiczek i odstawić na ok 1,5 tygodnia. Po tym czasie odcedzić kwiaty i przelać całość do czystego słoiczka. Tak przygotowany syrop można podawać w upalne dni, dodając niewielką jego porcję do mocno schłodzonej wody gazowanej. Serwować z cytryną. 


czwartek, 20 listopada 2014

CIASTO DYNIOWE



A tak naprawdę ciasto przekładane dżemem dyniowym, o którym pisałam kilka postów wcześniej. Jeśli zatem nie zdążyliście go jeszcze wykorzystać do innych wypieków, serdecznie zachęcam do wypróbowania mojego przepisu. Spróbujcie, jeśli macie ochotę na ciasto przypominające szarlotkę w jesiennej odsłonie. 

Ciasto z dźemem dyniowym 

3 szklanki mąki 
250 g masła
3 żółtka
1 jajko 
1 szklanka cukru
cynamon
2 łyżeczki proszku do pieczenia

Utrzeć żółtka, jajko, masło i cukier. Dodać mąkę i proszek do pieczenia. Wyrobić elastyczne ciasto a następnie podzielić je na dwie części. Dużą formę wysmarować masłem i posypać bułką tartą. Jedną część ciasta wyłożyć na spód i boki formy. Następnie ułożyć dżem dyniowy. Można do niego dodać odrobinę cynamonu dla smaku. Na górze układać po małych kawałeczkach ciasta z drugiej porcji aż zakryją cały dżem. Piec w 200 stopniach C przez ok godzinę. 


wtorek, 18 listopada 2014

SYROP Z KWIATÓW BZU CZARNEGO




Czarny bez to roślina magiczna. Mówi się o niej, że istnieje na pograniczu magii i medycyny. Nasi przodkowie wykorzystywali jego lecznice właściwości wierząc przy tym, że krzew ten jest mieszkaniem i siedliskiem czarodziejek, elfów, bogów i... diabła. Czarny bez szczególne znaczenie odgrywał w mitologii Słowian. Uznawany za święte drzewo życia pośredniczące pomiędzy światami żywych i umarłych. Dla Celtów krzew czarnego bzu był znakiem świętości i nieskończoności. W kalendarzu druidów zajmował trzynaste i ostatnie miejsce wśród drzew roku.

Szacunek dla czarnego bzu był tak ogromny, że przechodząc obok niego należało uchylić kapelusz a przed zerwaniem owocu, kwiatu czy gałązki uklęknąć, złożyć ręce i wymówić słowa Pani bzowino, daj mi trochę swego drzewa a ja Ci dam trochę mego, gdy w lesie wyrośnie. Bezkarnie mogły bez rwać jedynie wdowy i sieroty.

Jeśli zainteresowała Was magiczna historia tego krzewu serdecznie zapraszam do przeszukania zasobów mitologii słowiańskiej jak również zajrzenia do publikacji, z których wiedzę zaczerpnęłam:

Bieniasz M.: Czarny bez – między magią a medycyną. Sad Nowoczesny 2011 nr 5, s.94-95.
Cunningham, S.: Encyklopedia magicznych roślin. Białystok: "Studio Astropsychologii", 2009.

Tymczasem bardzo rozpaczam, że ze względów zdrowotnych póki co nie mogę  dolać syropu z czarnego bzu do herbaty jak zawsze czyniłam, jednakże jego działanie rozgrzewające póki co nie jest dla mnie wskazane. Wam oczywiście bardzo polecam jako świetny środek na zwiększenie odporności, szczególnie w chłodne dni.

Syrop z kwiatów bzu czarnego 

30 baldachimów kwiatów czarnego bzu
1 litr wody
4 dkg kwasku cytrynowego
2 kg cukru


Kwiaty obrać z łodyg, zalać wrzątkiem i odstawić na 2 dni. Po tym czasie przelać przez sito, dodać cukier, kwasek i zagotować aż do uzyskania syropu. Powstałą pianę zebrać i wylać. Gotowy syrop przelać do buteleczek lub słoiczków, zamknąć i pasteryzować przez ok 5 minut. Polecam!



środa, 12 listopada 2014

ZŁOTO MAROKA - OLEJEK ARGANOWY




Maroko to kolorowe suki na których można kupić wiele przepięknych i dekoracyjnych elementów wystroju wnętrz, ażurowe lampy, tkane złotą nicią bogate we wzory materiały, biżuterię, ceramikę, przyprawy, dywany, meble, antyki a nawet... środki magiczne. Wśród tych wszystkich wspaniałości i bogactw można również odnaleźć bogactwo, które nasyci nasze ciało... argan. Wyjątkowy wyciąg doceniony przez ludzi na całym świecie a produkowany JEDYNIE w Maroku. 

Nazywany przez Marokańczyków eliksirem młodości jest wykorzystywany w najlepszych europejskich ośrodkach SPA aczkolwiek... jego kulinarna odmiana z powodzeniem służy jako bardzo dobry dodatek do surówek i dań kuchni marokańskiej. Ostatnio miałam okazję zasmakować w surówce z dodatkiem oleju arganowego i muszę stwierdzić, że jego delikatny i subtelny aromat migdałowy z powodzeniem podbił moje kubki smakowe.

W skład olejku arganowego wchodzą: tokopherole, triterperalkohole, monoazylglyzerole, tłuszcze nasycone i nienasycone a także kwasy tłuszczowe OMEGA. Drzewo arganowe to jedno z najstarszych drzew na świecie, które ze względu na odpowiedni klimat występuje tylko na obszarze Maroka. Jego zdziczałe odmiany można znaleźć również na południu Hiszpanii jednakże nie nadają się one do produkcji pełnowartościowego wyciągu arganowego. Każde z drzew owocuje co drugi rok. Ciekawostką jest to, że owoce arganowca to prawdziwy kozi przysmak a najdroższe wersje kosmetyku są tworzone właśnie przy współpracy kóz, które wspinając się na kręte pnie drzew podjadają liście i owoce. W miejscu gdzie je wydalają wyrasta nowe drzewo. W tradycyjnej metodzie pozyskiwania nasion tubylcy korzystali z przetworzonych przez kozy owoców, co znacznie ułatwiało dostęp do wnętrza nasion (zmiękczało skorupkę) i przyspieszało proces produkcji cennego olejku.


Produkcją olejku trudnią się kobiety. Zebrane ziarna są suszone, prażone a następnie pozbawiane skorupy. Powstały mus rozcieńcza się przy użyciu wody a potem wyciska się z niego olej. Kuchenna jego wersja posiada orzechowy posmak i lekko czerwony kolor. Kosmetyczny olejek arganowy dzięki obróbce jest pozbawiany zabarwienia i smaku.  

Dlaczego jest taki drogi? Z jednego drzewa, które rodzi średnio 30 kg owoców wytwarza się zaledwie 1 litr olejku, którego produkcja zajmuje około 1,5 dnia. W Polsce 500 ml olejku kosztuje ok 110 zł. Będąc w Maroko można go kupić nieco taniej.

Właściwości? Opóźnia procesy starzenia, łagodzi objawy alergii, poprawia elastyczność skóry, łagodzi podrażnienia, działa przeciwzapalnie, nawilża, wspomaga pozbycie się cellulitu, przyspiesza gojenie, odżywia skórę i chroni naskórek przed przesuszeniem i pęknięciami.

Jest szczególnie polecany w pielęgnacji niemowląt, w miejsce oliwki. Jednakże należy wówczas wybierać olejki pozbawione substancji zapachowych, naturalne.



KOTLETY JAJECZNE


Lowercase Noises - Stars

Kiedy czasem trzeba zrobić obiad na szybko a nie chce się po raz kolejny jeść mięsa można sięgnąć po jajka z których da się wyczarować niemal wszystko. Do tego są zdrowe i ostatnie badania wykazały, że wcale nie jest prawdą to, iż nie należy spożywać ich częściej niż dwa razy w tygodniu. Ja jajka uwielbiam pod każdą postacią i nigdy nie cierpimy na ich brak w naszej kuchni. Idealne na śniadanie równie dobrze i smacznie mogą się sprawdzić w formie szybkiego obiadu dla niecierpliwych. 

Kotlety jajeczne

składniki na 6 kotlecików

5 jaj ugotowanych na twardo 
1 surowe jajko
bułka tarta
sól, pieprz
pół czerstwej bułki 
trochę mleka
1 cebula
3 łyżki szczypiorku

Bułkę namoczyć w mleku. Ugotowane jajka zetrzeć na tarce. Dodać do nich odciśniętą bułkę, surowe jajko, pokrojone drobno cebulę i szczypiorek oraz odrobinę bułki tartej aby masa nie przywierała do rąk. Całość doprawić solą i pieprzem. Uformować kotleciki, każdy z nich obtoczyć w bułce tartej i smażyć na rozgrzanym oleju aż do zrumienienia każdej ze stron. 






piątek, 7 listopada 2014

KOLEJNA DOMOWA PIZZA




To już kolejna domowa pizza jaką postanowiłam przygotować w domu i muszę przyznać, że z domowymi wypiekami nie umywa się żadna najlepsza piekarnia czy pizzeria. Największą nagrodą jest dla mnie uśmiech domowników, który pojawia się na ich twarzach chwilę po tym, gdy przekroczą próg naszego mieszkania. Ten zapach chodzi za mną do dziś choć pizzę tę robiłam przedwczoraj. Duża ilość dojrzałych pomidorów i sosu, aromat oregano i bazylii, oraz czosnek, bez którego moja kuchnia mogłaby nie istnieć. 

 Jeśli w zbliżający się weekend chcielibyście uczynić radość swoim najbliższym bez wahania polecam Wam tę pizzę. Spód robię zawsze na bazie tego samego, najlepszego moim zdaniem przepisu. Reszta... jak kto woli. Ja postawiłam na niezbyt dużą ilość dodatków, dobierając je tak, aby wszystko było bardzo aromatyczne.

Domowa pizza z szynką i pomidorami

Ciasto:
- 1 szklanka mąki
- 30 g świeżych drożdży
- 2 łyżki lekko podgrzanego mleka
- 1 łyżka cukru
- 1 łyżeczka mąki (do wyrastających drożdży)
- 0,5 łyżeczki soli
- 1 łyżka oliwy z oliwek
- 125 ml wody
Dodatki: 
- 1 duża cebula czerwona 
- 10 dag szynki 
- 3 ząbki czosnku 
- 300 g przecieru pomidorowego
- 20 dag żółtego sera
- 2 dojrzałe pomidory 
- tymianek, bazylia, oregano (po pół łyżeczki każdej z przypraw)
- sól i pieprz do smaku  
- 1/3 szklanki wody

Podgrzewamy mleko wymieszane z cukrem i łyżką mąki. Kruszymy do niego drożdże, mieszamy aż się rozpuszczą i odstawiamy do wyrośnięcia na 10 minut. W międzyczasie łączymy pozostałą mąkę, sól, oliwę z oliwek i wodę a następnie dodajemy wyrośnięte drożdże. Zaczynamy zagniatać ciasto, aż będzie samo odchodziło od ręki. W razie potrzeby podsypujemy mąką. Zagniecione ciasto przykrywamy ściereczką i odstawiamy w ciepłe miejsce na około pół godziny.

Dużą cebulę drobno siekamy i szklimy na oliwie z oliwek. Dodajemy przecier pomidorowy i 1/3 szklanki wody. Całość doprowadzamy do wrzenia i dodajemy przyprawy. Pomidory kroimy na plastry a żółty ser ścieramy na tarce o średnich oczkach. 

Gdy ciasto już wyrośnie, podsypujemy stolnicę mąką i rozwałkowujemy je na kształt i wielkość pizzy. Następnie układamy w formie do pizzy lub na blasze do pieczenia wyłożonej papierem, smarujemy przygotowanym sosem. Następnie układamy kawałki szynki i posypujemy częścią sera. W następnej kolejności układamy pomidory i na wierzchu umieszczamy pozostały ser. Całość pieczemy ok 9 minut w piekarniku nagrzanym do 250 stopni C. 

Smacznego! 



wtorek, 4 listopada 2014

Jak zrobić świąteczną świecę żelową? DIY


Niech Waszym ograniczeniem będzie jedynie fantazja. Takie świeczki cudownie podkreślą zimową atmosferę w domu jak również świetnie nadadzą się na prezent dla bliskiej osoby. Żelowe nie dość, że dają więcej możliwości co do wyboru wyglądu również dłużej się palą. Skusicie się na przygotowanie takiej świeczki przed świętami? 

Co będzie potrzebne?

* szklane naczynie na świeczkę
* knot + blaszka do knota (można kupić gotowy lub wykorzystać przycięty sznurek)
* żel do świec (najlepiej bezbarwny, bo taki daje wrażenie przejrzystości - lepiej go samemu zabarwić)
* barwnik do świec (te spożywcze się nie nadają)
* zapach (do wyboru, do koloru)
* ozdoby (gwiazdki, szyszki, muszelki, aniołki itp.) 
* rondelek

Jak się za to zabrać? 

W naczyniu z grubego szkła umieszczamy knot w taki sposób aby znajdował się w pozycji pionowej. Możemy sobie pomóc taśmą klejącą lub jedną jego stronę przywiązać pośrodku patyczka i w ten sposób opuścić do naczynia. Po drugiej stronie knota mocujemy blaszkę. Żel rozpuszczamy w rondelku. Dodajemy zapach i barwnik. Na tym etapie wkładamy również dekoracje pamiętając aby znajdowały się jak najdalej od knota. Gdy w rondlu wszystko już się rozpuści i wymiesza zalewamy substancją naczynie pilnując, aby knot pozostał pośrodku. Pozostawiamy do zastygnięcia i cieszymy się magią Świąt. :-)

Ilustracje: 1; 2; 3; 4

poniedziałek, 3 listopada 2014

Dżem z dyni


Nie świętuję w Halloween ale uwielbiam dynię. Gdy przychodzi jesień w mojej kuchni nastaje czas dyniowych ciast, zup, marmolad i przecierów. Dynia. Właściwie jest owocem ale zwyczajowo zalicza się ją do warzyw. Niskokaloryczna, bogata w B-karoten, potas, wapń, fosfor i witaminę B2. Jeden z pierwszych produktów, które możemy wprowadzić do jadłospisu małego człowieka. Wspomaga w odchudzaniu i leczeniu nadciśnienia. Działa odkwaszająco i zwiększa odporność organizmu a co najważniejsze - nie traci zdrowotnych właściwości nawet podczas gotowania. Dynię (zwłaszcza pestki) można zaliczyć również do produktów znacznie poprawiających płodność. Ich spożywanie zaleca się parom starającym się o poczęcie dziecka. 

Dziś przygotowałam dla Was dżem, który jest świetną bazą do dyniowych deserów. Z jego wykorzystaniem możecie przyrządzić kruche ciasteczka z dyniową marmoladą, przekładaniec na wzór szarlotki czy też dyniowe ciasto. Polecam wszystkim na halloweenową imprezę. 

Dżem z dyni

2 kg dyni 
sok z cytryny 
500 g cukru 
1 łyżeczka cukru z wanilią

Dynię obrać ze skórki i pokroić na drobne kawałki. Włożyć do garnka razem z cukrem i sokiem z cytryny. Gdy zmięknie, dodać cukier z wanilią i jeszcze trochę pogotować. Następnie całość lekko przestudzić, dosłodzić cukrem w razie potrzeby i zmiksować. Ponownie zagotować, pamiętając o tym aby zawartość garnka często mieszać a następnie przełożyć do wyparzonych słoiczków. Smacznego! 


czwartek, 30 października 2014

Czekoladowa kawa zbożowa i myśl o przemijaniu


Na tamten świat nikt się nie spóźnia. Niektórzy są nawet przed czasem.

Ten listopadowy dzień jest dla mnie szczególny. Zatraceni w biegu dnia codziennego tak łatwo zapominamy o przemijaniu. Zapominamy o tym jak wiele zawdzięczamy Tym, którzy byli przed nami. Przede wszystkim zawdzięczamy Im życie. Zapominamy, że to Oni byli bohaterami naszych pierwszych życiowych bitew i dni; że to Oni nauczyli nas czym jest miłość i oddanie; że byli przewodnikami naszych pierwszych wycieczek; drogowskazami przyszłych wyborów; nauczycielami życia; aniołami stróżami naszego dobra. To dzięki Nim jesteśmy tymi, którymi dzisiaj jesteśmy i możemy żyć tak, jak żyjemy. Często wymagało to wielu poświęceń. Pomimo zmęczenia i opadających do snu powiek nigdy nie odmawiali nam kolejnej bajki czy opowieści. Pomimo bólu kości nigdy nie pozbawili nas kolejnego uścisku czy wzięcia na ręce. Gdy w zadumie zastanawiali się nad swą niedaleką przyszłością z radością patrzyli na nas: młodych, zdrowych, w pełni sił i z całym życiem przed sobą. Pragnąc jedynie naszego szczęścia dziękowali Bogu za każdy kolejny dzień licząc, że ma On ich dla Nich jak najwięcej. Wychodziło różnie. Często to nie Boża wola a zwykła ludzka ułomność sprawiała inaczej.

Wspominajmy Ich jak najczęściej a jeśli życie uporczywie absorbuje nas za bardzo choć w ten listopadowy dzień zapalając Im świeczkę wspomnijmy cudowną szarlotkę jaką robiła babcia, jej ciepłe, szorstkie i spracowane ręce. Zapach chleba w naszym rodzinnym domu i wspólne śpiewanie kolęd. Cudowne poświęcenie dziadka, który co roku robił za Świętego Mikołaja i zabawiał swoje wnuczęta. A może po prostu uśmiech i głos... tak, uśmiech i głos, za które dziś gotowi bylibyśmy oddać wszystko.

Jest w moim życiu książka, która szczególnie wiele dla mnie znaczy. Duży mały poradnik życia Jacksona Browna. Poniżej rekomendacja samego autora:

Wiele wydarzyło się od jesieni 1990 roku, kiedy to przy kuchennym stole pospiesznie spisałem kilka stron rad, refleksji i spostrzeżeń dla mojego syna, Adama, który wybierał się właśnie na studia. Pierwszy zbiór ojcowskich porad zawierał 511 haseł. Co dwa lata dosyłałem mu nowe. Najbardziej z synem jesteśmy dumni z tego, że nasza korespondencja, dostępna już w 28 językach, jest ceniona na całym świecie jako wartościowe kompendium życiowych refleksji i użyteczny poradnik. 

Pamiętam ten dzień, gdy otrzymałam ją na Walentynki od mojego kochanego Dziadka, którego piąta już rocznica śmierci minęła całkiem niedawno. Wówczas nie do końca rozumiałam intencje tego podarku i to, że po raz pierwszy w życiu Dziadziuś zdecydował się (sam z siebie!) napisać na pierwszej stronie osobistą sentencję. Widocznie dla Niego też było to ważne aby ta książka stała się reliktem mojej prze(przy)szłości. Poza otrzymanym od Dziadka pierścionkiem jest to chyba moje najważniejsze sacrum z Nim związane. Gdy mi źle i dobrze zerkam często na te pięknie wydane, pożółkłe strony i staram się domyślić co On zrobiłby na moim miejscu. Ze swoim doświadczeniem i życiową mądrością. On... mój Bohater.

Czekoladowa kawa zbożowa
(2 porcje)

500 ml mleka 1,5%
5 czubatych łyżek kawy zbożowej
odrobina cynamonu
6 kostek czekolady mlecznej
3 kostki czekolady deserowej

Czekoladę rozpuszczamy w mleku, dodajemy kawę i cynamon. Całość  mieszamy. Można dodać odrobinę śmietanki 30%. Mocno podgrzewamy, ale nie doprowadzamy do wrzenia. Kawę miksujemy w celu uzyskania puszystej pianki a następnie posypujemy kawałkami startej czekolady.

Książka dla dzieci i dorosłych: Dlaczego pingwinom nie zamarzają stopy? Mick O'Hare


Na tę książkę trafiłam zupełnie przypadkowo w antykwariacie. Moją uwagę przykuł nietuzinkowy dość tytuł: dlaczego pingwinom nie zamarzają stopy? No właśnie, dlaczego? Nie mają odmrożeń a przecież pozbawione grubych butów i skarpetek stąpają po lodzie? :-) Nawet mój pies, choć mogłoby się wydawać również jako zwierzak powinien być zahartowany, gdy nadchodzi mróz kurczy nogi i nie chce wcale wychodzić na spacer. Tym sposobem od strony do strony zaczęłam zauważać na jak wiele rzeczy nie zwracam w życiu uwagi traktując je jako oczywistość i nie zastanawiając się zupełnie... dlaczego? 

Książka Micka O`Hare to zbiór 115 pytań i zagadek (zadawanych nie tylko przez dzieci), jak również tyluż samo odpowiedzi ekspertów. Wśród ciekawostek znajdziecie odpowiedź na takie pytania jak: czy niedźwiedzie przeniesione na Antarktykę miałyby szansę przeżyć? Dlaczego okienka w kadłubie statku są okrągłe? Dlaczego przed deszczem chmury zmieniają barwę na ciemnoszarą? Co jest przyczyną zielonego opalizującego połysku jaki często widać na szynce i bekonie? Aż w końcu dlaczego ludzki palec jest idealnie dopasowany do dziurki w nosie? :-) To oczywiście tylko część muszę przyznać - niesamowicie ciekawych ludzkich rozterek. Jeśli znacie odpowiedzi na te zagadki - gratuluję! Ja zaraz po powrocie do domu zaczęłam przepytywać mojego męża i jak się okazało, często bezradnie rozkładaliśmy ręce śmiejąc się z naszej niewiedzy. 

Książka idealna dla lubiących wszystko wiedzieć i dociekliwych dzieci i dorosłych. Napisana bardzo prostym i przyjemnym językiem dzięki czemu osiągnęła status światowego bestselleru. Wydana pod patronatem New Scientist. 246 stron wiedzy, którą zaskoczycie niejednego mądralę i rozwiejecie wątpliwości małego wynalazcy i naukowca. 

Dlaczego pingwinom nie zamarzają stopy? Mick O`Hare
Wydawnictwo Insignis Media 2009 
cena 32 zł (ja w antykwariacie kupiłam ją za 15 zł)


wtorek, 24 czerwca 2014

Wakacje na wsi

Już nie raz wspominałam Wam o tym, że uwielbiam wieś. Te wieczory nad jeziorem, spacery po łąkach i polach, zapach wiatru który pędzi po pustych przestrzeniach. Smaki, których próżno szukać w większych skupiskach ludzi, krajobrazy za którymi tęsknię żyjąc w mieście. Wieś to zdecydowanie moje miejsce na ziemi. Dziś zapraszam Was do przepięknego ogrodu. W tym roku mieni się kolorami jeszcze bardziej różnorodnymi niż w roku ubiegłym. Z radością obserwuję jak się rozwija. Na jesieni czekają nas zbiory dyni, z których mam nadzieję będę mogła przyrządzić pyszną dyniową zupę. I to z własnego ogródka! Zapraszam Was na herbatę do naszego ogrodu. To właśnie w nim ostatnio wypoczywam najczęściej. 








czwartek, 22 maja 2014

Pizza Margherita


Przyznam Wam się szczerze, że gdy za oknem o 9 rano jest 30 stopni to odechciewa mi się robić cokolwiek. Jedyną rzeczą, której z pewnością nie zabraknie w moim domu w takie dni jak dziś jest mięta z cytryną. Wczoraj na obiad przygotowałam smażoną rybę i bardzo tego żałuję. Całe szczęście są już truskawki! Niestety mój mąż to wyjątkowo mięsożerna bestia i lekkich obiadów nie uznaje. Tymczasem obchodził urodziny i pomimo tych 30 stopni mam za sobą 40 muffin, które zaniósł do pracy. :-) Dziś proponuję Wam bardzo łatwą i szybką pizzę. Idealna, jeśli nie macie ochoty na typowy tradycyjny obiad. 

Pizza Margherita

Ciasto: 
2 dag drożdzy 
2 szklanki mąki pszennej 
3/4 szklanki wody
1 łyżeczka soli
cukier 
3 łyżki oliwy z oliwek 

Dodatki:
250 g mozzarelli 
1 puszka pomidorów (lub 5 świeżych) 
tymianek bazylia oregano 
oliwa z oliwek
sól, pieprz 
1 czerwona cebula
4 ząbki czosnku

Do 1/4 szklanki lekko podgrzanej wody dodajemy drożdże, cukier i odrobinę mąki. Mieszamy i odstawiamy na 15 minut. Po tym czasie zaczyn łączymy z pozostałymi składnikami na ciasto. Wyrabiamy, przykrywamy ściereczką i odstawiamy na godzinę w ciepłe miejsce. Tymczasem szykujemy sos. W garnuszku rozgrzewamy 2 łyżki oliwy z oliwek, dodajemy drobno pokrojone cebulę i czosnek. Następnie dodajemy pomidory (jeśli są świeże należy je pokroić na ćwiartki). Następnie sól, pieprz, bazylię, oregano i tymianek. Sos gotujemy ok 10-15 minut a następnie blendujemy. Jeśli jest za gęsty można go jeszcze chwilę pogotować lub w wersji szybkiej zagęścić dodatkowymi dwiema łyżkami mąki pszennej. Wyrośnięte ciasto dzielimy na 2 części i formując placki układamy na blasze do wypiekania pizzy. Każdy z nich smarujemy przygotowanym sosem a następnie zapiekamy ok. 5-7 minut w piekarniku nagrzanym do 240 st. C.

wtorek, 13 maja 2014

Przedwojenne cukiernie Warszawy



Gdy po raz pierwszy zetknęłam się z książką autorstwa Wojciecha Herbaczyńskiego W dawnych cukierniach i kawiarniach warszawskich nie zdawałam sobie jeszcze sprawy jak bogate było cukiernicze zaplecze przedwojennej Warszawy. Owszem wiedziałam, że prym w tej dziedzinie wiodły wiedeńskie Café a gdzieniegdzie przybysze z owych odległych krain zakładali swoje wyjątkowe kawiarenki, wprowadzające wiedeński szyk na polskie salony, gdzie można było skosztować najlepszych czekolad i ciast. Być może pamiętacie post dotyczący papieskich kremówek, w którym opisywałam właśnie jedno z takich magicznych miejsc. 

Herbaczyński udowodnił mi, że przedwojenna Warszawa przyciągająca do siebie najważniejsze głowy państwa, artystów i zasłużonych Polaków nie ustępowała w branży cukierniczej nawet wiedeńskim cukierniom.  Nie tak dawno wspomniałam na blogowym facebooku o Cukierni Lourse’a znajdującej się ongiś przy ulicy Miodowej 12 w budynku Hotelu Europejskiego. Było to wyjątkowo eleganckie i wytworne miejsce, do którego uwielbiał zaglądać ojciec Fryderyka, Mikołaj Chopin pochłonięty lekturą prasy francuskiej wyłożonej na stole. Założyciel cukierni Wawrzyniec Lourse, z pochodzenia Szwajcar zadbał o to, by jego powstała w 1821 r. cukiernia mogła konkurować z najznakomitszymi kawiarniami europejskimi. Poza budzącymi podziw w całej Warszawie lodami i ciastami, które serwował również na wynos, zachwycające było samo wnętrze cukierni. Marmurowe stoliki, kryształy, lustra, porcelana i srebrna zastawa przyciągały pragnących pławić się w luksusach i lubiących wystawne życie Warszawiaków. 

 
Jeśli ktoś wolał nieco skromniejsze miejsca mógł zajrzeć do Pasticeria di Milano przy ulicy Kruczej. Był to pierwszy w historii tego miasta sklep z wyrobami na wynos. W 1902 roku otworzył go włoski mistrz cukiernictwa Giovanni Giacomo Lardelli. Był to skromny i bardzo schludny sklepik, w którym cukiernik przyodziany w śnieżnobiały kitel podawał szczypcami nieznane dotąd w Warszawie eklerki z kremem (warszawskie były z bitą śmietaną), tartaletki z owocami i inne nieznane dotąd w stolicy pyszności. Zapotrzebowanie na te słodkości musiało być duże, zwłaszcza że Lardelii zdobył się na otwarcie kilku kolejnych cukierni w tym jeden wyłącznie dla pań. Panowie mogli tam przychodzić wyłącznie w damskim towarzystwie. Dziś zapewne byłoby to nie do pomyślenia i oskarżono by włoskiego mistrza o dyskryminację a wówczas było to bardzo chętnie odwiedzane przez kobiety miejsce i nikt nie widział w tym nic złego. 

Ówczesne cukiernie były jak prawdziwe manufaktury łakoci. Najczęściej prowadzone przez jedną rodzinę i dokładnie strzegące sekretu wyrobu serwowanych pyszności. O jednej z takich rodzin pisał sam Bolesław Prus: 

Miłości! Takeś rozmarzyła mnie,
Takeś rozkołysała duszę,
Że aż do Semadynie-
Go na czarną kawę iść muszę. 

Rodzina Semadenich na nadwiślańską ziemię przybyła z położonego w szwajcarskim kantonie Grison miasta Poschiavo w wieku XVIII. Początkowo omijali stolicę, miejsce do życia znajdując sobie w Płocku, Lublinie, Kijowie, Kaliszu i Łomży. Z biegiem lat z jednego rodu uformowały się dwie rodzinne gałęzie. Jedna cukiernicza, a druga pastorska. Niemal wszystkie pokolenia Semadenich zachowywały obywatelstwo szwajcarskie. Nie ukrywali jednak przy tym wielkiego oddania Polsce, które pieczętowali udziałem w powstaniach narodowych oraz wzorową postawą patriotyczną. W Warszawie pojawili się w XIX wieku. Pierwszą rodzinną cukiernię otworzył w 1827 roku Kacper Semadeni. Mieściła się na parterze kamienicy u zbiegu Nowego Światu i Świętokrzyskiej. Znana tak dobrze jak Cukiernia Lourse’a podbiła serca mieszkańców Warszawy zwłaszcza przepyszną czarną kawą i wybornymi ciastami. Z dzisiejszej perspektywy widać, żeta cukiernicza rodzina pragnęła zdobyć monopol na rynku warszawskich łakoci. Wszyscy synowie Kacpra (a było ich aż siedmiu) poszli w ślady ojca. W ten sposób powstawały coraz to nowe filie cukierni: przy Krakowskim Przedmieściu, na rogu Alej Jerozolimskich i Nowego Światu, na rogu Marszałkowskiej i Królewskiej i przy samej już Królewskiej. Żadna z tych filii nie zyskała jednak sławy jaką zdobyła Cukiernia którą otwarto w latach pięćdziesiątych XIX wieku w gmachu Teatru Wielkiego. Po przedstawieniu widzowie, aktorzy, artyści gromadzili się w salkach „Pod Filarami” by przy rożkach śmietankowych czy petit-fourach pomówić o swoich wrażeniach i posłuchać najnowszych plotek. Ignacy Baliński tak opisywał cukiernię Teatru Wielkiego: W dwóch mrocznych i pełnych dymu pokojach na lewo i na ”górce” zbierali się w czasie prób i przed przedstawieniem aktorzy. Ciasta ucierano ręcznie, a miazgę kakaową uzyskiwano za pomocą kamiennych żaren poruszanych siłą własnych rąk. Każdy uczeń musiał przejść wszystkie etapy – nauczyć się wyrabiać ciasto drożdżowe, ucierane i kruche, a także konfitury, marmolady, dżemy, karmelki i pomadki. Musiał nie tylko nabyć wiedzę, ale również umiejętności techniczne. Surowy Semadeni miał żelazne zasady, brzydził się kłamstwem i nie znosił brudu. Pilnował więc uczniów, sprawdzał higienę dłoni i czystość fartuchów. Choć nieco fanatycznie podchodził do kwestii wychowania kolejnych pokoleń cukierników, był z natury człowiekiem bardzo dobrym, który swoich pracowników darzył nie tylko szacunkiem, ale również zaufaniem. Jego praktykantami byli wyłącznie mężczyźni, którym nie wolno było ani palić tytoniu, ani pić wódki. Semadeni zabraniał im również spotykania się z praktykantami z innych cukierni. Chciał po prostu, żeby jego uczniowie zawsze byli lepsi od innych.

Bibliografia: 

1 2
Wojciech Herbaczyński „W dawnych cukierniach i kawiarniach warszawskich
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...