-->

piątek, 19 lipca 2013

Lawendowe pancakes

Idealne śniadanie dla wielbicieli lawendowego aromatu. Pancakes to amerykańskie naleśniki, które w odróżnieniu od naszych tradycyjnych, smaży się na suchej patelni. Tłuszcz zamiast rozgrzewać go na patelni, dodaje się bezpośrednio do masy, dzięki czemu placki nie przywierają. Pancakes są zdecydowanie grubsze od naszych naleśników (dodatek proszku do pieczenia, wzmaga ich wyrastanie pod wpływem ciepła) i bardziej zwarte. Jeśli nie jesteście zbyt przyzwyczajeni do tradycyjnych, polskich naleśników i lubicie pancakes, ten letni powiew lawendy, z pewnością trafi w Wasz gust.

Lawendowe pancakes / Lavender pancakes

2 szklanki mąki / 2 glasses flour
3 łyżeczki proszku do pieczenia / 3 tsp baking powder
2 jajka / 2 eggs
1,5 szklanki mleka / 1,5 glass of milk
70 g rozpuszczonego masła / 70 grams melted butter
1/3 szklanki cukru pudru / 1/3 glass icing sugar
3/4 łyżki suszonej lawendy (lub pół łyżki świeżej) / 3/4 tbsp dried lavender (or 1/2 tbsp fresh)
szczypta soli / pinch of salt

Wszystkie składniki dokładnie mieszamy a następnie wykładamy na suchą patelnię, smażąc na średnim ogniu. Pancakes powinny lekko wyrosnąć, jednak nie należy smażyć ich zbyt długo po jednej stronie, gdyż mogą się łatwo przypalić. Placki delikatnie przewracamy przy użyciu szerokiej łopatki.

Dobrego dnia Kochani!

Beat all ingredients and put them in the dry pan. Pancakes should grow slightly but be careful of not frying them so long on the each side. Turn pancakes using kitchen scoops. Sprinkle icing sugar or spread with honey.


środa, 17 lipca 2013

W ziemiańskim dworze...

Dziś chciałabym się z Wami podzielić kolejną książkową recenzją. "W ziemiańskim dworze" Mai Łozińskiej to książka, która nie dawała mi spokoju już od kilku miesięcy. Pamiętam dzień, w którym ujrzałam ją po raz pierwszy. Za oknem leżał jeszcze śnieg a ja przeszukując księgarniane półki, szukałam czegoś, co dostarczyłoby mi wiedzy dotyczącej dawnego życia codziennego. Jako pasjonatka historycznej architektury, która zwiedziła już chyba wszystkie leżące w jej zasięgu dwory, pałace, zamki i muzea wnętrz, chciałam dowiedzieć się czegoś więcej o stylu życia ludzi, którzy je niegdyś zamieszkiwali. Wówczas do rąk trafiła mi pozycja pani Mai Łozińskiej, wydana nakładem Państwowego Wydawnictwa Naukowego.

Każda karta tej książki to magiczna podróż do czasów, gdy rytm życia był nierozerwalnie złączony z rytmem przyrody a maniery znaczyły nieco więcej niż umiejętność wypowiedzenia pojedynczego słowa "dziękuję".  Okazało się, że tak podkreślane ongiś przez nauczycieli powiedzenie "nie oceniaj książki po okładce" w każdym przypadku może okazać się błędne, bowiem niezwykle estetyczny projekt graficzny okładki, był zapowiedzią jeszcze bardziej niezwykłego i zaskakującego wnętrza. Pani Maja bardzo roztropnie podzieliła króciutkie rozdziały na pory roku, dzięki czemu możemy przeżyć w ziemiańskim dworze cały rok z życia jego mieszkańców. Obyczaje, święta, zabawy, codzienność... wszystko czego szukałam, znalazłam w jednym miejscu: pięknie wydane, napisane rzetelnie i lekko, zaopatrzone w przepiękne, historyczne fotografie, do których powinno się zajrzeć, jeszcze przed przeczytaniem prologu.

"W ziemiańskim dworze" to książka idealna na wakacje spędzane na wsi. Zauroczona nią od pierwszej strony, zaczytywałam się w jej treści siedząc na trawie, w otoczeniu pobliskiego pałacu myśliwskiego a w głowie brzmiała mi tylko jedna myśl autorstwa Stanisława Leca: "czas robi swoje a ty człowieku?"

Polecam z czystym sumieniem! 


Łozińska Maja, W ziemiańskim dworze, PWN

poniedziałek, 15 lipca 2013

Różana panna cotta i pierwszy agrest


Pachnąca latem i różami panna cotta. Kolebką tego deseru, powstałego na bazie śmietany jest Toskania. W wolnym tłumaczeniu z włoskiego, panna cotta oznacza po prostu gotowaną śmietankę, do której w rzeczywistości dodaje się słodzik, żelatynę i wszystko czego zapragniemy, by nadać deserowi konkretny aromat i smak. W tej kwestii nie ma żadnych ograniczeń. Poza dodatkiem w postaci owoców i syropów, słyszałam nawet o dodawanych do deseru naparach z kwiatów lipy, czego - gdyby nie moje dość silne uczulenie - z pewnością bym sobie nie odmówiła.

Tymczasem pomyślałam o ostatnim słoiczku przygotowanego kiedyś przeze mnie syropu różanego, który sprawił, że moja panna cotta uzyskała delikatny, słodki smak. W rzeczywistości kolor deseru nie był tak intensywny, ale dla podkreślenia jego charakteru, zdecydowałam się na dodanie minimalnej ilości barwnika spożywczego. Ważne, aby był dobry jakościowo. Ja użyłam barwnika w proszku, włoskiej marki Fiorio.

Różana panna cotta

150 ml śmietanki 30%
150 ml jogurtu naturalnego
2 łyżki ciekłego miodu (ja użyłam spadziowego)
1 łyżka żelatyny
75 ml mleka 
odrobina barwnika spożywczego 
posypka do dekoracji 

Śmietankę podgrzewamy w garnuszku, nie doprowadzając do wrzenia a następnie dodajemy do niej syrop różany. Zdejmujemy z ognia na kilka minut. W tym czasie zalewamy żelatynę dwiema łyżkami zimnej wody i dodajemy do śmietanki, energicznie mieszając. Należy pamiętać, aby śmietanka była jeszcze dość ciepła lecz nie gotująca. Mieszamy całość aż do całkowitego rozpuszczenia żelatyny. W następnej kolejności dodajemy jogurt, miód i ewentualnie barwnik, jeśli chcemy nadać deserowi ładny, głęboki kolor. Ponownie mieszamy i przelewamy do naczynia, w którym panna cotta zostanie podana. Lekko przestudzony deser wkładamy do lodówki na kilka godzin i serwujemy schłodzony.

Wracając ze sklepu, zauważyłam w pobliskim warzywniaku łubiankę agrestu. Pamiętam, że kiedyś okazały krzaczek znajdował się w ogródku moich dziadków. Kupiłam. Zapomniałam jednak, jaki potrafi być kwaśny. Chyba trafiłam na mocno wytrawny okaz. ;-) 
Lubicie?

sobota, 13 lipca 2013

Cannelloni, czyli bogate wnętrze makaronu

Cannelloni, czyli puste w środku rurki o średnicy 3 cm to jeden z najbardziej znanych, włoskich makaronów. Moim zdaniem zdecydowanie przewyższają swoim wyglądem wciąż królującą nad nimi lasagne, choć smakiem niewiele się różnią. Oczywiście istnieje wiele odmian tego dania. Tradycyjne cannelloni robi się z pomidorami, mięsem mielonym i beszamelem. Można jednak spotkać także cannelloni ze szpinakiem z ricottą lub serem feta. Jest to jednak danie dla smakoszy szpinaku a ja do nich nie należę, dlatego mój makaron został przyrządzony z wykorzystaniem domowego sosu bolońskiego.

*
Cannelloni tradycyjne
(4 porcje)

makaron cannelloni
200 g startego, żółtego sera (może też być parmezan)

Sos boloński:

70 g oliwy z oliwek
2 cebule
4 ząbki czosnku 
500 g pomidorów umytych i obranych ze skórki
500 g mięsa mielonego 
sól do smaku
po pół czubatej łyżki tymianku, oregano i bazylii 

Oliwę rozgrzewamy na patelni i podsmażamy cebulę z czosnkiem. Następnie dodajemy mięso i gdy się obsmaży, dodajemy do niego pomidory obrane ze skórki i pokrojone na małe kawałki. Całość trzymamy przez kilka minut na ogniu. W międzyczasie doprawiamy solą, bazylią, tymiankiem i oregano.

Sos beszamelowy:

1 łyżka masła
2 łyżki mąki 
400 ml mleka
sól do smaku
gałka muszkatołowa

Masło rozpuszczamy na patelni i dodajemy do niego mąkę pilnując, aby się nie zarumieniła. Następnie wlewamy na patelnię mleko i cały czas mieszając, czekamy aż zgęstnieje. Całość doprawiamy solą, pieprzem i gałką. 

Przygotowanie:

Piekarnik nagrzewamy do 180 stopni. Makaron cannelloni nadziewamy farszem z sosu bolońskiego a następnie układamy w naczyniu żaroodpornym i zalewamy beszamelem. Całość posypujemy startym, żółtym serem. Wstawiamy do piekarnika na 20 minut. Po tym czasie zostawiamy jedynie górną grzałkę, aby całość ładnie się przypiekła i pieczemy przez kolejne 5 minut.

Smacznego! 

* zdjęcie przedstawiające różne rodzaje włoskich past pochodzi ze strony: http://www.meritum-news.com/PORADY/?p=1894

czwartek, 11 lipca 2013

Oranżada i upalne lato

Pamiętam prawdziwe, polskie lata, gdy każdy upalny dzień kończył się późnopopołudniową burzą, schładzającą powietrze. Będąc dzieckiem bałam się okrutnie, gdy wyładowaniom towarzyszył silny wiatr wyginający drzewa a ciemność za oknem, raz za razem przeszywała jedna z błyskawic, uderzająca w widziane z okna jezioro. Po burzy nastawał przyjemny chłód ułatwiający zaśnięcie. Nie dalej jak wczoraj, oglądając wygrzewające się na słońcu ważki rozmyślałam, gdzie podziały się te wypełnione zapachem ozonu popołudnia? Fala upałów, która przechodzi teraz przez Polskę nie odpuszcza a wytchnienia nie przynosi nam nawet sporadycznie padający deszcz.

Na jeden z takich parnych wieczorów przygotowałam orzeźwiającą oranżadę, którą schłodziłam dużą ilością lodu. Popijana spokojnie, gdy za oknem nastawał już zmierzch, wyśmienicie wypełniła swoje zadanie!

Oranżada idealna na upalne, letnie dni

400 ml świeżo wyciśniętego soku z pomarańczy
2 litry przegotowanej wody 
170 g cukru
1,5 łyżki soku z cytryny

Pół litra wody przelewamy do głębokiego garnka i trzymamy na małym ogniu. Dodajemy cukier i mieszamy do czasu, aż się całkowicie rozpuści. Następnie dolewamy sok z pomarańczy i pozostałą wodę. Dodajemy sok z cytryny, ponownie mieszamy. Zdejmujemy z ognia, przelewamy do dzbanka i odstawiamy do schłodzenia. Następnie wstawiamy dzbanek do lodówki. Podajemy z lodem i listkami mięty. 


wtorek, 9 lipca 2013

Brigadeiros - słynny brazylijski deser

Na dzisiejszy deser zapraszam Was do kraju samby i karnawału. Brazylijskie brigadeiros to chyba najbardziej znany, południowoamerykański smakołyk. Jest czymś w rodzaju trufli lub praliny. Bardzo słodki, bardzo estetyczny, idealny do kawy. Po raz pierwszy o deserze usłyszano w 1940 roku, gdy powstał dla uczczenia brazylijskiego polityka Eduardo Gomes'a o przydomku Brigadeiro, stąd nazwa smakołyku. Być może słyszeliście, że te małe, czekoladowe kuleczki magazyn Saveur okrzyknął mianem deseru 2012 roku! Warto na własnym języku sprawdzić dlaczego. W Brazylii podaje się je przede wszystkim na urodzinach lub przyjęciach. U mnie na zdjęciu w towarzystwie oryginalnych, brazylijskich pamiątek.

Brigadeiros

puszka mleka skondensowanego słodzonego
3 łyżki prawdziwego kakao
1 łyżka masła
posypka, orzechy, wiórki kokosowe - co kto lubi

Przygotowanie deseru jest bardzo proste. Cały czas mieszając, wszystkie składniki podgrzewamy w garnku z grubym dnem. Doprowadzamy do wrzenia i gotujemy około 15 minut aż masa wystarczająco zgęstnieje. Następnie wylewamy ją na papier do pieczenia i czekamy aż przestygnie. Ręce smarujemy odrobiną masła i zaczynamy lepić niewielkie kuleczki, które następnie obtaczamy w posypce. Jest z tym trochę pracy, ale naprawdę warto. U mnie wyszło około 20 kuleczek. Deser podajemy po schłodzeniu w lodówce. 

Smacznego! 

niedziela, 7 lipca 2013

Domowe bułeczki

Wypiekanie domowego pieczywa ma w sobie coś magicznego. Szczególnie ten zapach, który roznosi się w okamgnieniu po całym mieszkaniu sprawia, że zmysły wariują a wypiek za każdym razem podlega specjalnej celebracji. Świeże, jeszcze ciepłe, chrupiące bułeczki wyjęte przed chwilą z piekarnika, odrobina masła na jeszcze ciepłym pieczywie i to wszystko popite mlekiem. Czy można sobie wyobrazić dziś wspanialsze śniadanie? Zaproponowane przeze mnie bułeczki są uniwersalne i nadają się zarówno do wędliny, sera jak i do dżemu. Dobrego dnia Kochani!

Zwykłe bułeczki
(z podanych składników wychodzi około 7 bułeczek)

105 ml wody i 105 ml mleka (wymieszane pół na pół)
20 g świeżych drożdży
350 g mąki
15 g masła
1 łyżeczka soli
1 łyżeczka cukru

Mieszamy ze sobą mąkę, sól i masło. Do osobnego naczynia nalewamy kilka łyżek mleka wymieszanego z wodą i leciutko podgrzewamy a następnie zdejmujemy z ognia i gdy jest lekko ciepłe dodajemy pokruszone drożdże i cukier. Mieszamy aż do rozpuszczenia. Wlewamy do mąki. Następnie dodajemy do mąki pozostałe mleko/wodę i wyrabiamy ciasto rękoma. Ciasto powinno być dość luźne. Następnie odstawiamy całość na 1,5 godziny, by wyrosło. Po tym czasie rękoma posmarowanymi oliwą formujemy niewielkie bułeczki i układamy je na blasze wyłożonej papierem do pieczenia i posypanym bułką tartą. Ponownie odstawiamy na pół godziny. Piekarnik nagrzewamy do 200 stopni. Bułeczki smarujemy żółtkiem wymieszanym z jedną łyżeczką wody i pieczemy około 10 minut. 

Smacznego!


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...